-
Pozwolę sobie dorzucić swoją perspektywę – jako kobiety. I od razu zaznaczę: to jest moje spojrzenie, nie mówię w imieniu wszystkich kobiet, bo każda z nas może odbierać to inaczej.
Rozumiem, skąd biorą się obie wypowiedzi, ale mam wrażenie, że w tej dyskusji pojawia się coś, co bardzo często prowadzi nas w złym kierunku — próba ustalenia granicy w sposób „techniczny”. Sekundy patrzenia, interpretacje, kto jak odbierze czyje spojrzenie…
Tylko że to nie działa w ten sposób.
Dla mnie kluczowe jest nie to, ile ktoś patrzy, tylko jak patrzy i z jaką intencją.
I to naprawdę da się wyczuć — bardzo szybko.
Jest zasadnicza różnica między spojrzeniem naturalnym, spokojnym, które obejmuje człowieka jako całość, a spojrzeniem skupionym wyłącznie na ciele, oceniającym, „rozbierającym wzrokiem”. I to właśnie to drugie powoduje dyskomfort — nie czas trwania spojrzenia, tylko jego charakter.
Odnosząc się do stwierdzenia, że kobiety „lubią być podziwiane” — to jest zbyt duże uproszczenie.
Tak, lubimy czuć się dobrze ze sobą. Lubimy się podobać. Ale to absolutnie nie oznacza zgody na bycie uprzedmiotowioną ani zaproszenia do dowolnego rodzaju spojrzeń.
I chcę się też jasno odnieść do tezy, że sposób ubioru kobiet — albo jego brak — wynika głównie z potrzeby zachwytu innych czy rywalizacji między kobietami.
Nie zgadzam się z tym.
To jest sprowadzanie kobiecych wyborów do reakcji innych ludzi, najczęściej mężczyzn, i odbieranie im podmiotowości.
Oczywiście — czasem chcemy się podobać, zwrócić uwagę. To jest ludzkie i dotyczy wszystkich.
Ale bardzo często decyzje dotyczące ciała czy ubioru wynikają po prostu z:
– wygody,
– poczucia swobody,
– akceptacji siebie,
– albo zwyczajnie z tego, że mamy na to ochotę.
I to naprawdę nie musi mieć nic wspólnego z tym, kto patrzy.
To, że ktoś:
– zakłada określone ubranie,
– nie nosi stanika,
– albo jest nagi na plaży naturystycznej,
nie jest komunikatem: „patrz na mnie jak chcesz”.
To jest komunikat:
„czuję się swobodnie ze swoim ciałem”
„akceptuję siebie”
„jest mi tak dobrze”
I w pełni zgadzam się z tym, że moment, w którym zaczynamy traktować czyjąś nagość albo sposób ubioru jako zachętę, to właśnie miejsce, w którym zaczynają się problemy.
Z drugiej strony rozumiem, że trudno jest postawić jedną, sztywną granicę dla wszystkich. Dlatego zamiast szukać „regułek”, które mają wszystko wyjaśnić, dużo lepiej kierować się czymś prostszym:
- empatią
- wyczuciem sytuacji
Jeśli pojawia się wątpliwość, czy nasze zachowanie może być dla kogoś niekomfortowe — to bardzo często jest to już sygnał ostrzegawczy.
I jeszcze jedna ważna rzecz:
to nie jest dyskusja o tym, żeby kogokolwiek atakować — ani mężczyzn, ani kobiet. To jest raczej próba lepszego zrozumienia się nawzajem.
Bo naturyzm to nie jest tylko brak ubrań.
To jest też sposób bycia wobec innych ludzi.
Na koniec mam prośbę do naszych użytkowniczek 🙋♀️
Dziewczyny — napiszcie, jak Wy to widzicie. Co jest dla Was w porządku, a co już przekracza granicę?
Myślę, że właśnie Wasz głos może tutaj wnieść najwięcej i pomóc rozwiać wiele wątpliwości.
-
I ten opis definiuje kwintesencje naturyzmu.
Wszyscy patrzymy, po to tam idziemy, i bardzo dobrze.
Ale " JAK" robi wielką różnicę. Inny cel mam ja na plaży, a inny ma ktoś na wydmach.
I nie wolno demonizować panów, bo większość chce też odpocząć, ale pewny nowy trend, w którym plaża daje wiele innych możliwości niż relax.
-
Cieszę się, że moje męskie spojrzenie na to zagadnienie jest zgodne z perspektywą kobiety. Zresztą panowie też czasem doświadczają obu typów patrzenia. Sam, jak pisałem, czasem spoglądam na facetów doceniając ogólną kompozycję. Ale też znam spojrzenia, które kierują panowie szukający wrażeń. I, jakkolwiek dziwnie to brzmi, jest coś w patrzeniu co mówi "wow, to jest piękne" i wtedy chyba nikt nie ma problemu, a jest coś co mówi "właśnie w myślach robię z tobą..." i wtedy, nawet ktoś tak dobrze czujący się nago ze sobą jak ja, odczuwa dyskomfort.
Więc zgadzam się z przedmówcami, że to co napisała nasza adminka (czuję do siebie wstręt, że kadzę ;) ) to kwintesencja naturyzmu.
-