Element kanału Shoutbox
Komentuj
    • Mega fajny felieton. Ciekawi mnie ciag dalszy.... tak tytułem uzupełnienia o moje zdanie w temacie.

      Powszechnie znane jest stwierdzenie, że nie ma ludzi zdrowych a są tylko nie zdiagnozowani. To samo odnosi się do normalności we wszelakich zachowaniach ludzkich. Nie ma zachowań normalnych, tylko pasujących do środowiska i okoliczności. Bo czy normalnym tj. powiedzmy akceptowalnym, jest pójście w dresie na pogrzeb? Ktos uznał, że nie wypada i tyle. I tak się przyjęło. Podział w nagosci na akceptowalną domową i mniej akceptowalną, powiedzmy całą pozostałą, może niestety mieć swoje konsekwencje w naszym życiu codziennym. Czy przebywanie nago w domu z uwagi na komfort i swobodę musi być ograniczane ubiorem, bo ktoś obcy nam uznał, że tak nie wypada? Czy powinniśmy zasłaniać okna, bo na przeciwko mieszka purytanim umocowany prawem gotowy do zgłaszania naruszeń moralności? Przebywam nago w domu gdy jest mi ciepło i komfortowo. Ubieram się gdy robi się chłodniej. Gdy na dworze jest goraco też chetnie bym poszedł na spacer nago, ale nie zrobię tego z uwagi na miejsce zamieszkania. Uważam , że tak jak nie życzę sobie by ktoś nie sprzątał po swoim psie na chodniku, a mnie to drażni, nie wyjdę nago ze śmieciami, bo kogoś może to oburzać. I nieważna jest tu pora dnia czy nocy. Tak więc póki co nago tylko w domu, bo tam jest miło i "normalnie", oraz wszedzie indziej gdzie prawo na to zezwala bez niepotrzebnych prowokacji.

      • U siebie zasłaniam okna, ale na wyjeździe, szczególnie w miejscach, gdzie jest gorąco nie robię tego, często nawet nie ma tam zasłon. Na wakacjach chcę czuć się swobodnie i inni turyści, których pewnie nigdy więcej nie spotkam mi nie przeszkadzają. Lubię rano usiąść na tarasie/balkonie i w świetle promieni słonecznych napić się kawy, nie zwracając uwagi na zdziwioną panią, która dostała pokój w pensjonacie obok mnie. Raczej nie narzucam się swoją nagością innym (nie wyszłabym, jak w felietonie, wyrzucić śmieci nago) ale w wakacyjny, upalny dzień, zachęcający, co bardzo lubię, do chodzenia bez bielizny - nie mam wpływu na wiatr, który czasem zawieje silniej... ;-)image_transcoder.php?o=sys_images_editor&h=667&dpx=2&t=1783147578

      • Muszę przyznać, że kiedy pierwszy raz przeczytałam ten tekst (jest bardzo rzeczowy, gratuluję Celina), trochę mnie zaskoczył — głównie dlatego, że dla mnie odpowiedź jest dość oczywista. Tak, to jest normalne. A przynajmniej dla wielu z nas.

        Ja sama bardzo często zrzucam ubranie zaraz po powrocie do domu. To taki moment przejścia — z „trybu świata” do „trybu mojego miejsca”. Czasem, jeśli z jakiegoś powodu nie mogę chodzić całkiem nago, owijam się po prostu ręcznikiem i to też daje mi poczucie swobody. W domu chcę czuć się dobrze, a nie „odpowiednio”.

        Mieszkając sama, mam pod tym względem pełną wolność — nikt nie komentuje temperatury, nikt nie patrzy oceniająco, nikt nie narzuca zasad. Jeśli jest mi wygodnie bez ubrań, to właśnie tak funkcjonuję. I szczerze? Uważam to za najbardziej naturalny stan. Trochę nie rozumiem, skąd w ogóle bierze się wątpliwość, czy to „normalne”. Przecież to właśnie w domu powinniśmy móc być najbardziej sobą.

        Oczywiście, życie to też praktyczność — mam zawsze pod ręką coś do narzucenia, czy to koszulkę nocną, czy szlafrok, na wypadek gdyby ktoś zapukał. Choć swoją drogą uważam, że niezapowiedziane wizyty to trochę zapomniany brak dobrych manier — nigdy nie wiadomo, w jakim stanie ktoś chce się właśnie zrelaksować :)

        Zdarzają się też zabawne sytuacje — raz zostałam przyłapana przez sąsiada, kiedy wynosiłam śmieci na klatkę do zsypu bez większego zastanowienia. No cóż... życie. Dla mnie to był po prostu naturalny odruch, nie manifest.

        Mam też wspaniałych przyjaciół, których odwiedzam praktycznie co weekend i w naszej relacji temat nagości jest czymś zupełnie swobodnym. Wszyscy dobrze czujemy się we własnym ciele i nie robimy z tego wielkiej ideologii. Są nawet takie małe rytuały codzienności — jak poranna kawa podawana w "domowym stroju" — które mają w sobie coś intymnego, ale jednocześnie bardzo zwyczajnego. To bardziej kwestia bliskości i relacji niż jakiejkolwiek „pikanterii”.

        I chyba to jest dla mnie najważniejsze: to wszystko nie wydaje mi się ani wyjątkowe, ani „inne”. Mam wrażenie, że wiele osób żyje bardzo podobnie — tylko po prostu się o tym nie mówi. Bo kiedy odwiedzamy się nawzajem, wszyscy jesteśmy już „ubrani do świata”.

        Dla mnie nagość w domu to nie deklaracja ani styl życia — to po prostu komfort.

        • W tym roku odkryłem przyjemność z picia kawy rano nago na balkonie. Oczywiście balkon jest tak usytuowany, że nikt przypadkiem nie powinien mnie zobaczyć. Z żoną często rano chodzimy nago po mieszkaniu po przebudzeniu. A po wieczornym prysznicu to standard. Nie jest to problemem dla żadnego z nas. Pozostajemy wtedy w strefie komfortu :⁠-⁠)

          • Dla mnie najciekawsze w domowej nagości nie jest już samo pytanie, czy ona jest normalna. Raczej to, jak bardzo my sami zakładamy, że dla innych na pewno normalna nie jest. Że sąsiedzi z naprzeciwka, działkowcy za płotem albo ludzie na sąsiednim balkonie od razu zobaczą w tym coś dziwnego, niestosownego albo gorszącego. A potem okazuje się, że życie bywa spokojniejsze od naszych wyobrażeń. Ktoś u siebie też chodzi w samej skórze. Na działce, jeśli jest trochę wyczucia i nie robi się z ciała demonstracji, nic złego się nie dzieje. Na hotelowym balkonie zamiast skandalu może pojawić się zwyczajne Guten Morgen i krótka chwila, w której dwoje ludzi po prostu uznaje wzajemną obecność bez paniki, bez tłumaczenia, bez wstydu. Może więc pytanie nie brzmi tylko: czy rozbieranie się w domu jest normalne?. Może brzmi też: dlaczego tak łatwo zakładamy, że inni na pewno tej normalności nie zrozumieją? Oczywiście dom, balkon, ogród czy ROD to różne poziomy widzialności i warto mieć wyczucie. Ale czasem największą przeszkodą nie jest cudzy wzrok, tylko nasze własne wyobrażenie o tym wzroku.

            Zaloguj się lub Załóż konto aby zobaczyć lub skomentować tę treść.