·   ·  74 wpisów
  •  ·  60 znajomych
  • 83 obserwujących

Na tej samej częstotliwości

Witam 😊 Dzisiaj mam dla Was kolejne opowiadanie. Napisałam je na podstawie listu, jaki otrzymałam dzisiaj rano od jednej z naszych użytkowniczek. Jest to właściwie typowa historia z wakacji — taka, jaką opowiada się później znajomej osobie przy kawie: „Słuchaj, co mi się ostatnio przydarzyło…”. 😉 Po przeczytaniu tego listu od razu zaproponowałam jego autorce, żeby zrobiła z tego opowiadanie na naszą stronę. Niestety nie zgodziła się, tłumacząc się brakiem czasu i innymi obowiązkami. No cóż… życie. 😉 Zaproponowałam więc, że jeśli mi pozwoli, mogę zrobić to sama. Zgodziła się, za co chciałam jej tutaj serdecznie podziękować. ❤️ Oczywiście powstałe opowiadanie nie jest wierną kopią historii, którą otrzymałam. Dodałam do niej trochę — jak zwykle — swojej wyobraźni, fantazji i kilka własnych pomysłów. Cała fabuła i najważniejsze wydarzenia opierają się jednak na prawdziwej historii. I żeby nie było żadnych wątpliwości — mam na to wszystko zgodę. I to nawet na piśmie. 😉 Opowiadanie jest znowu o babach i chyba przede wszystkim dla bab. 😁 Dlaczego? Bo list był od kobiety i opowiadał historię kobiet. Ale panowie, nie obrażajcie się! Jeśli któryś z Was kiedyś zdecyduje się napisać coś ciekawego i pozwoli mi zrobić z tego opowiadanie, to… przyjmę to również z otwartymi ramionami. 😁 A na razie zapraszam Was do przeczytania całej historii. Mam nadzieję, że spodoba Wam się przynajmniej tak bardzo, jak mnie spodobała się historia, od której wszystko się zaczęło. Miłego czytania ❤️

Muszę Wam opowiedzieć o Wiktorii. 😊

Bo właściwie nic nie zapowiadało tego, że właśnie z tego turnusu wrócę z kimś, z kim będę chciała utrzymywać kontakt. Przyjechałam tam pracować, zajmować się dzieciakami, pilnować, żeby nikt nie zgubił się podczas wycieczki i żeby wieczorem wszyscy wrócili do swoich namiotów w jednym kawałku. Ot, zwykły wakacyjny turnus.

A potem pojawiła się Wika.

Na początku była po prostu kolejną opiekunką. Kilka wspólnych dyżurów, trochę rozmów, trochę śmiechu. Tyle.

Tylko że z każdym kolejnym dniem coraz bardziej odkrywałyśmy, że chyba nadajemy na tych samych falach. Miałyśmy podobne poczucie humoru, podobne podejście do życia i tę samą niechęć do przesadnego przejmowania się tym, co wypada, a czego nie wypada.

Dość szybko zauważyłam też, że Wika jest bardzo swobodna wobec własnego ciała. Nie nosiła stanika i zupełnie nie robiła z tego żadnej deklaracji. Po prostu tak jej było wygodnie.

I pamiętam, że wtedy pomyślałam:

Oho... chyba trafiłam na swoją. 😄

Nie wiedziałam jeszcze, że kilka dni później będziemy uciekać po pracy nad jezioro, opalać się na łące, gadać godzinami o wszystkim i o niczym, a nawet odkryjemy, że nasze spokojne miejsce ma całkiem nieoficjalną publiczność.

A już zupełnie nie spodziewałam się tego, że zanim turnus się skończy, Wiktoria zacznie poważnie rozważać swoją pierwszą wizytę w saunie.

Ale może zacznę od początku...

Bo żeby zrozumieć, dlaczego tak szybko się do siebie zbliżyłyśmy, trzeba najpierw wiedzieć, jak właściwie się poznałyśmy.

Tak właśnie poznałam Wikę

Jeśli mam być szczera, to pierwszego dnia w ogóle nie pomyślałam, że Wiktoria będzie dla mnie kimś ważnym.

Przyjechałam do ośrodka kilka godzin przed rozpoczęciem turnusu i już na samym wejściu wiedziałam, że przez najbliższe tygodnie nie będę miała czasu się nudzić. Wszędzie ktoś biegał, ktoś czegoś szukał, ktoś pytał o listy uczestników, a dzieciaki oczywiście zdążyły pojawić się wszędzie tam, gdzie akurat nie powinno ich być.

Czyli wszystko było dokładnie tak, jak się spodziewałam. 😂

Pracowałam już wcześniej przy takich turnusach, więc wiedziałam, że pierwsze dwa dni to zazwyczaj jeden wielki organizacyjny bałagan. Człowiek rano ma plan, a po piętnastu minutach ten plan można sobie spokojnie wyrzucić do kosza.

Właśnie próbowałam ustalić, gdzie mamy zebrać swoją grupę, kiedy usłyszałam za plecami:

— Przepraszam, wiesz może, gdzie jest kierownik?

Odwróciłam się.

Stała przede mną dziewczyna mniej więcej w moim wieku, z plecakiem przewieszonym przez jedno ramię i miną człowieka, który od pięciu minut próbuje zrozumieć, co właściwie dzieje się wokół niego.

— Jeśli chodzi ci o tego faceta, który od rana biega z telefonem przy uchu, to chyba wszyscy go szukają — odpowiedziałam.

Roześmiała się.

— Czyli trafiłam w idealne miejsce.

— Zdecydowanie. Pierwszy raz?

— W tym ośrodku tak. Na turnusie jako opiekunka też pierwszy raz.

— To współczuję.

— Aż tak źle?

— Jeszcze nie wiesz, na co się zgodziłaś.

Wyciągnęła rękę.

— Wiktoria. Ale mów mi Wika.

— Marta.

I tyle.

Naprawdę. Żadnego wielkiego „wow”, żadnego przeczucia, że właśnie zaczyna się jakaś ważna znajomość. Dwie opiekunki, które przypadkiem spotkały się pierwszego dnia pracy.

Tyle że potem jakoś ciągle wpadałyśmy na siebie.

Najpierw przy odprawie. Potem przy obiedzie. Później okazało się, że mamy część obowiązków w tych samych godzinach.

A im więcej czasu spędzałyśmy razem, tym częściej łapałam się na tym, że się przy niej uśmiecham.

Wika miała ten rodzaj poczucia humoru, który bardzo mi odpowiadał. Nie trzeba było jej wszystkiego tłumaczyć. Czasami wystarczyło jedno spojrzenie i już obie wiedziałyśmy, o co chodzi.

Trzeciego dnia jedna z dziewczynek przez dobre dziesięć minut przekonywała nas, że absolutnie nie może iść spać, ponieważ „jeszcze nie jest wystarczająco zmęczona”.

Kiedy wreszcie udało nam się ją zaprowadzić do namiotu, Wika spojrzała na mnie i powiedziała:

— Mam nadzieję, że za dziesięć lat będę wspominać te wakacje jako najlepszy okres mojego życia.

— Ja też.

— A ty nie brzmisz przekonująco.

— Bo właśnie pomyślałam, że za dziesięć lat nadal będę miała koszmary o tych dzieciach.

Parsknęła śmiechem tak głośno, że musiałyśmy obie odwrócić się, żeby nie obudzić reszty.

I chyba właśnie wtedy zaczęło się to nasze „nadawanie na tych samych falach”.

Z czasem zaczęłam zauważać u niej kolejne drobiazgi.

Wika była bardzo swobodna. Nie tylko w rozmowie. Po prostu dobrze czuła się sama ze sobą.

Nie nosiła stanika i zupełnie się tym nie przejmowała. Nie było w tym ani grama demonstracji. Nie robiła tego po to, żeby zwracać na siebie uwagę. Po prostu najwyraźniej nie widziała powodu, żeby nosić coś, czego nie potrzebowała.

Pamiętam, że któregoś popołudnia siedziałyśmy razem przed budynkiem, a ja spojrzałam na nią i pomyślałam:

Oho... chyba trafiłam na swoją.

To było oczywiście tylko moje pierwsze wrażenie.

Ale później okazało się zaskakująco trafne.

— Ty zawsze jesteś taka wyluzowana? — zapytałam ją któregoś dnia.

Spojrzała na mnie podejrzliwie.

— A co ja takiego robię?

— Nic.

— To dlaczego pytasz?

— Bo wyglądasz, jakbyś kompletnie nie przejmowała się tym, co ludzie o tobie pomyślą.

Wzruszyła ramionami.

— A powinni?

— Nie wiem.

— To dobrze. Bo już myślałam, że masz dla mnie jakąś listę zasad.

— Jeszcze nie. Ale daj mi trochę czasu.

Roześmiałyśmy się obie.

I wtedy jeszcze żadna z nas nie wiedziała, że kilka dni później będziemy miały swoje własne miejsce nad jeziorem.

Ani że właśnie tam zaczniemy rozmawiać o rzeczach, o których zwykle nie rozmawia się z kimś poznanym kilka dni wcześniej.

Ani tym bardziej, że ta znajomość wyjedzie z nami poza teren ośrodka.

Ale na razie była po prostu Wika.

Nowa opiekunka.

Dziewczyna bez stanika, z którą świetnie mi się gadało.

I chyba właśnie od tego wszystko się zaczęło.

Chyba trafiłam na swoją

Po tych pierwszych kilku dniach zaczęłam zauważać pewną prawidłowość.

Jeżeli gdzieś w pobliżu była Wika, to ja prędzej czy później też się tam pojawiałam.

Oczywiście zupełnie przypadkiem. 😉

Przynajmniej oficjalnie.

— Marta, idziesz z nami po sprzęt? — zapytała mnie któregoś ranka jedna z dziewczyn.

— Zaraz.

— Co robisz?

Spojrzałam w stronę boiska, gdzie Wika właśnie próbowała przekonać grupę chłopaków, że piłka nożna nie jest jedyną możliwą formą aktywności.

— Nic.

— To czemu stoisz?

— Czekam.

— Na co?

— Aż przestanie padać.

Dziewczyna spojrzała na bezchmurne niebo.

— Marta...

— No dobra. Idę.

Takich sytuacji było coraz więcej.

Zaczęłyśmy razem jeść posiłki, kiedy tylko było to możliwe. Jeśli miałyśmy chwilę przerwy, zwykle siadałyśmy gdzieś obok siebie. Podczas wspólnych zajęć właściwie bez słów zaczęłyśmy się uzupełniać.

Jedna zaczynała zdanie, druga już wiedziała, jak je skończyć.

To było trochę dziwne.

I bardzo przyjemne.

Wika miała też tę cudowną cechę, że przy niej nie trzeba było udawać, że wszystko jest świetnie.

Kiedy miałam dość, mówiłam:

— Mam dość.

— Ja też.

Kiedy coś mnie bawiło, śmiałam się.

— Też to widziałaś?

— Niestety.

A kiedy po całym dniu obie byłyśmy tak zmęczone, że ledwo miałyśmy siłę mówić, potrafiłyśmy siedzieć obok siebie w ciszy i żadna nie czuła potrzeby, żeby tę ciszę czymś wypełniać.

Chyba właśnie wtedy zaczęłam naprawdę ją lubić.

Nie jako „koleżankę z turnusu”.

Jako Wikę.

Któregoś popołudnia siedziałyśmy na schodkach przed budynkiem. Dzieciaki miały zajęcia, więc pierwszy raz od kilku godzin nie musiałyśmy za nikim biegać.

Wika popijała wodę i patrzyła gdzieś przed siebie.

— Wiesz co? — powiedziała.

— Hm?

— Fajnie tu jest.

— To brzmi podejrzanie. Po czterech dniach?

— No właśnie dlatego mówię, że podejrzane.

Zaśmiałam się.

— A czego się spodziewałaś?

— Że będzie dużo pracy, mało snu i że będę miała ochotę uciec po pierwszym tygodniu.

— A teraz?

Wzruszyła ramionami.

— Teraz chyba nie.

Popatrzyła na mnie.

— Chyba trafiłam na dobrych ludzi.

Nie wiem dlaczego, ale zrobiło mi się wtedy jakoś miło.

— Chyba tak.

Przez chwilę siedziałyśmy w ciszy.

I wtedy Wika nagle zapytała:

— Ty jesteś zawsze taka swobodna?

— Znowu zaczynasz?

— Pytam poważnie.

— W jakim sensie?

— No... ciało, ubrania, takie rzeczy.

Uśmiechnęłam się.

— Chyba tak.

— Nigdy się nie przejmujesz?

— Czasami. Każdy się czymś przejmuje.

— Ale wyglądasz, jakbyś miała to gdzieś.

— Bo większość rzeczy naprawdę mam gdzieś.

— Szczęściara.

— Nie. Po prostu długo się tego uczyłam.

Wika spojrzała na mnie z zaciekawieniem, ale nic więcej nie powiedziała.

Ja też nie.

Jeszcze.

Kilka godzin później siedziałyśmy już razem nad jeziorem.

To nie było nic zaplanowanego.

Po prostu po kolacji Wika rzuciła:

— Idziesz się przejść?

— Dokąd?

— Nad jezioro.

— Teraz?

— No chyba że masz ważniejsze plany.

— Mam.

— Jakie?

— Mogę przez najbliższe dwadzieścia minut patrzeć w sufit.

— To rzeczywiście konkurencja.

Wstałam.

— Dobra. Idę.

I właśnie tego wieczoru po raz pierwszy zobaczyłam Wikę nie jako opiekunkę z naszego turnusu, ale jako kobietę, z którą naprawdę chciałam spędzać czas.

Usiadłyśmy na trawie nad wodą.

Rozmawiałyśmy o wszystkim.

O tym, skąd jesteśmy. O tym, co robimy poza turnusami. O facetach, dziewczynach, związkach, głupich decyzjach i jeszcze głupszych pomysłach.

Niektóre pytania pojawiały się zupełnie naturalnie.

Niektóre zostawały bez odpowiedzi.

I chyba właśnie wtedy dotarło do mnie coś, czego wcześniej nie chciałam przed sobą przyznać.

Naprawdę ją polubiłam.

Bardzo.

A kiedy wracałyśmy do ośrodka, Wika powiedziała:

— Jutro też idziemy nad jezioro?

Spojrzałam na nią.

— Jasne.

I pomyślałam tylko:

No dobra, Marta. Chyba naprawdę trafiłaś na swoją.

Coraz więcej rozmów

Po kilku dniach zauważyłam coś, czego chyba początkowo nie chciałam przed sobą przyznać.

Zaczęłam szukać Wiki.

Nie jakoś specjalnie. Przynajmniej tak sobie wtedy tłumaczyłam.

Po prostu jakoś tak wychodziło.

Jeżeli była kawa — dziwnym trafem siadałam obok niej. Jeżeli trzeba było coś załatwić — jakoś zawsze trafiałyśmy do tego samego zadania. A kiedy wieczorem ktoś rzucał:

— Idziemy jeszcze gdzieś posiedzieć?

to ja już automatycznie sprawdzałam, gdzie jest Wika.

No dobrze. Może trochę się przyklejałam.

Ale wiecie co?

Ona chyba też.

Któregoś ranka usiadła przy mnie przy śniadaniu i bez słowa przesunęła swoją kawę tak, żeby zrobić sobie miejsce.

Spojrzałam na nią.

— Ty tak zawsze?

— Co?

— Siadasz komuś na głowie?

Uśmiechnęła się.

— Nie. Tylko jak ktoś jest ciekawy.

— Aha. Czyli jestem ciekawa?

— Bardzo.

I już wiedziałam, że dzisiaj będę miała z nią ciężko.

Najgorsze było to, że lubiłam ten rodzaj „ciężko”.

Zaczęłyśmy opowiadać sobie coraz więcej.

Nie jakieś wielkie życiowe tajemnice od pierwszego dnia. Raczej drobiazgi.

Kto nas najbardziej denerwował w pracy.

Kto miał najdziwniejsze pomysły.

Jakie głupoty robiłyśmy jako nastolatki.

Jakich facetów kiedyś wybierałyśmy i dlaczego najwyraźniej obie miałyśmy w tej dziedzinie wyjątkowo kiepski gust.

Pewnego wieczoru Wika opowiadała mi o jednej ze swoich randek.

Słuchałam jej z coraz większym niedowierzaniem.

— Poczekaj. On naprawdę powiedział ci to na pierwszej randce?

— Powiedział.

— I ty nie uciekłaś?

— Uciekłam.

— To dlaczego dopiero teraz mi o tym mówisz?!

Wika wybuchnęła śmiechem.

— Bo chciałam sprawdzić, czy jesteś gotowa na prawdę.

— Wika, ja właśnie straciłam wiarę w ludzkość.

— Przesadzasz.

— Absolutnie nie.

Po chwili obie śmiałyśmy się jak dwie idiotki.

I właśnie takie chwile chyba najbardziej nas do siebie zbliżały.

Nie jakieś wielkie deklaracje.

Tylko to, że przy drugiej osobie można było być kompletnie niepoważną.

Któregoś dnia rozmowa zeszła na ciało.

To też nie było zaplanowane.

Po prostu siedziałyśmy gdzieś z boku, a Wika powiedziała:

— Wiesz, że ja kiedyś strasznie przejmowałam się tym, jak wyglądam?

Spojrzałam na nią.

— Ty?

— No ja.

— Jakoś trudno mi w to uwierzyć.

— A jednak.

Opowiedziała mi o kompleksach, o porównywaniu się z innymi kobietami i o tym dziwnym uczuciu, kiedy człowiek zamiast cieszyć się chwilą, zastanawia się, czy dobrze wygląda.

Znałam to.

Chyba każda kobieta zna.

— Ja też taka byłam — powiedziałam. — Przez długi czas.

— I co się zmieniło?

Zastanowiłam się chwilę.

— Chyba pewnego dnia dotarło do mnie, że to jest moje ciało. Nie ciało ludzi dookoła. Moje.

Wika pokiwała głową.

— Proste.

— Tylko dojście do tego zajmuje człowiekowi pół życia.

— Albo kilka dobrych rozmów.

Spojrzałam na nią.

— Albo jedną dobrą koleżankę.

Uśmiechnęła się.

— Koleżankę?

— A co?

— Nic. Tak tylko pytam.

I znowu ten jej uśmiech.

Ten, przez który nigdy nie wiedziałam, czy sobie ze mnie żartuje, czy właśnie coś sugeruje.

Oczywiście nie mogło też zabraknąć mojego ulubionego tematu.

Jej braku stanika.

Któregoś dnia spojrzałam na nią i powiedziałam:

— Ty naprawdę nigdy się tego nie nauczysz?

— Czego?

— Noszenia stanika.

Popatrzyła na mnie z całkowicie niewinną miną.

— A po co?

— No właśnie. Wiedziałam, że to powiesz.

— Jest mi wygodnie.

— Wygodnicka.

— Bardzo.

— I wcale się nie przejmujesz, co ktoś pomyśli?

— Coraz mniej.

— Podoba mi się ta odpowiedź.

Wika uniosła brew.

— Tylko odpowiedź?

— Nie rozpędzaj się.

Zaśmiała się.

A ja pomyślałam, że chyba naprawdę zaczynam ją lubić bardziej, niż planowałam.

Nie chodziło nawet o wygląd.

Chodziło o to, że przy niej jakoś łatwiej było być sobą.

I chyba właśnie dlatego zaczęłam zwracać uwagę na rzeczy, na które wcześniej nie zwracałam uwagi.

Na sposób, w jaki się śmiała.

Na to, że kiedy się czymś przejmowała, zaczynała bawić się włosami.

Na to, że potrafiła jednym zdaniem rozładować napięcie.

Na to, że kiedy patrzyła na mnie podczas rozmowy, czasami zatrzymywała wzrok odrobinę dłużej.

Może tylko mi się wydawało.

A może nie.

Nie zamierzałam tego wtedy rozstrzygać.

Pewnego popołudnia siedziałyśmy po pracy przed budynkiem.

Było gorąco, a powietrze stało niemal w miejscu.

Wika spojrzała na mnie i powiedziała:

— Mam pomysł.

— To brzmi groźnie.

— Nad jezioro?

— Teraz?

— A kiedy?

— Wiesz, że jesteśmy zmęczone?

— Właśnie dlatego.

Popatrzyłam na nią przez chwilę.

— Ty naprawdę jesteś niemożliwa.

— Wiem.

Wstałam.

— No dobra.

— Czyli?

— Idziemy.

Wika uśmiechnęła się szeroko.

— Wiedziałam.

— Co wiedziałaś?

— Że się zgodzisz.

— Skąd?

— Bo od kilku dni patrzysz w stronę jeziora tak, jakbyś chciała tam uciec.

Parsknęłam śmiechem.

— Dobra. Masz mnie.

I wtedy jeszcze nie wiedziałam, że te nasze wypady nad jezioro staną się czymś więcej niż zwykłym sposobem na odpoczynek po pracy.

Nie wiedziałam też, że właśnie tam zaczniemy rozmawiać o rzeczach, o których przy innych ludziach pewnie nigdy byśmy nie porozmawiały.

A już na pewno nie wiedziałam, że Wika niedługo zacznie patrzeć na naturyzm zupełnie inaczej niż pierwszego dnia.

Ale o tym opowiem Wam za chwilę.

Bo wtedy dopiero zaczynała się nasza mała historia.

To co, idziemy nad jezioro?

Nie minęło nawet pięć minut, a my już byłyśmy w drodze.

Tak po prostu.

Bez wielkiego planowania, bez zastanawiania się, czy wypada. Wika rzuciła pomysł, ja się zgodziłam i nagle okazało się, że obie jesteśmy gotowe zostawić cały obozowy chaos za sobą.

Szłyśmy polną drogą.

— Wiesz, że to jest chyba pierwszy dzień, kiedy naprawdę mam ochotę nic nie robić? — powiedziała Wika.

— To bardzo dobrze.

— Albo się starzeję.

— Nie dramatyzuj. Jeszcze ci daleko.

— Tobie też.

— To miał być komplement?

— Oczywiście.

— Dziwny.

— Ale szczery.

Spojrzała na mnie z tym swoim uśmiechem.

I znowu złapałam się na tym, że patrzę na nią o sekundę dłużej, niż powinnam.

Odwróciłam wzrok.

Nie wiem, kiedy dokładnie zaczęło mi się to zdarzać.

Może właśnie wtedy.

Kiedy wyszłyśmy poza teren obozu, zrobiło się spokojniej.

Słońce powoli zaczynało schodzić niżej, a ciepłe powietrze pachniało trawą i wodą.

Wika szła obok mnie tak blisko, że kilka razy nasze ramiona lekko się zetknęły.

Za pierwszym razem nawet tego nie zauważyłam.

Za drugim już tak.

Za trzecim pomyślałam:

No pięknie, Marta. Naprawdę zaczynasz analizować, jak ktoś idzie.

— Nad czym tak myślisz? — zapytała nagle Wika.

— Nad niczym.

— Kłamiesz.

— Skąd wiesz?

— Bo jak kłamiesz, to robisz taką minę.

— Jaką?

Wika przez chwilę przyglądała mi się uważnie.

— Taką.

— Bardzo konkretna odpowiedź.

— Mogę ci pokazać w lustrze.

— Nie trzeba.

— Szkoda.

Roześmiałam się.

Ale przez moment żadna z nas nic nie powiedziała.

I znowu miałam to dziwne wrażenie, że między nami jest coś, czego jeszcze żadna nie nazwała.

Kiedy zobaczyłyśmy jezioro, Wika zatrzymała się.

— Ładnie tu.

— Mówiłam.

— Myślałam, że przesadzasz.

— Ja nigdy nie przesadzam.

Popatrzyła na mnie.

— Marta...

— Dobra. Czasami.

Roześmiała się i ruszyła dalej.

Znalazłyśmy kawałek trawy trochę dalej od głównej ścieżki. Było spokojnie. Kilka osób siedziało nad wodą, ktoś pływał.

Rozłożyłyśmy rzeczy.

Wika usiadła i przeciągnęła się.

— To co teraz?

— Teraz nic.

— Jak to nic?

— Leżymy.

— I?

— I nic.

— Nie umiem.

— Czego?

— Nic nie robić.

— To się nauczysz.

Położyłam się na trawie.

Po chwili Wika zrobiła to samo.

Przez moment leżałyśmy obok siebie w ciszy.

— Marta?

— Mhm?

— Ty naprawdę tak zawsze odpoczywasz?

— Jak?

— Tak zupełnie bez przejmowania się tym, kto patrzy.

Otworzyłam oczy.

— Nie zawsze.

— A teraz?

Spojrzałam na nią.

— Teraz tak.

— Dlaczego?

Zastanowiłam się chwilę.

— Bo jestem tutaj.

Wika patrzyła na mnie jeszcze przez moment.

— Ze mną?

To pytanie było tak ciche, że przez sekundę zastanawiałam się, czy dobrze je usłyszałam.

Uśmiechnęłam się.

— Też.

I tym razem to ona odwróciła wzrok.

Po jakimś czasie poszłyśmy do wody.

Śmiałyśmy się, chlapałyśmy na siebie i zachowywałyśmy jak dwie osoby, które zupełnie zapomniały, że rano czeka nas kolejny dzień pracy.

Kiedy wróciłyśmy na trawę, Wika usiadła obok mnie.

Trochę bliżej niż wcześniej.

— Zimna? — zapytała.

— Co?

— Woda.

— Aaa. Tak.

— To dlaczego udawałaś, że nie?

— Nie chciałam wyjść na mięczaka.

— Przede mną?

— Szczególnie przed tobą.

Popatrzyła na mnie.

— Aż tak ci zależy?

I znowu.

To spojrzenie.

Tym razem żadne z nas nie uciekło od razu.

— Może — odpowiedziałam.

Wika lekko się uśmiechnęła.

— To dobrze.

— Co?

— Nic.

— Wika...

— Naprawdę nic.

Ale jej uśmiech mówił coś zupełnie innego.

Położyłyśmy się z powrotem.

Tym razem tak blisko, że nasze dłonie znalazły się obok siebie na trawie.

Nie dotykały się.

Ale wystarczyło kilka centymetrów.

Spojrzałam na jej rękę.

Potem na nią.

Wika chyba zauważyła.

— Co?

— Nic.

— Znowu to „nic”.

— A ty znowu pytasz.

— Bo lubię wiedzieć.

— Nie wszystko trzeba wiedzieć.

Przekręciła głowę w moją stronę.

— To może nie wszystko.

Przez chwilę patrzyłyśmy na siebie.

Serio, nie wiem, ile to trwało.

Sekundę?

Pięć?

W takich momentach czas robi się wyjątkowo niepraktyczny.

W końcu Wika powiedziała:

— Chyba powinnyśmy częściej tu przychodzić.

— Chyba tak.

— Tylko we dwie.

Uśmiechnęłam się.

— Brzmi jak plan.

I wtedy już wiedziałam, że to jezioro będzie nasze.

Nie na wyłączność, oczywiście.

Ale w jakiś dziwny sposób właśnie tutaj miałyśmy zacząć budować coś, co było tylko nasze.

Miejsce, gdzie można było rozmawiać o wszystkim.

Śmiać się z niczego.

Milczeć bez skrępowania.

I być obok siebie trochę bliżej, niż wymagała tego zwykła koleżeńska znajomość.

A następnego dnia miało wydarzyć się coś jeszcze.

Coś, co sprawiło, że nasze wypady nad jezioro nabrały zupełnie nowego znaczenia.

Ale wtedy jeszcze żadna z nas nie wiedziała, dokąd nas to zaprowadzi.

Pierwszy raz razem na łące

Następnego dnia właściwie nie musiałyśmy się umawiać.

Kiedy tylko skończyłyśmy swoje obowiązki, Wika spojrzała na mnie.

— Jezioro?

— Jezioro.

— Wiedziałam.

— Co wiedziałaś?

— Że się zgodzisz.

— A skąd taka pewność?

— Bo od rana patrzysz w stronę wyjścia.

— Wcale nie.

— Jasne.

Pokręciłam głową.

Z nią naprawdę trudno było wygrać.

Po kilkunastu minutach byłyśmy już na naszej łące.

Słońce przyjemnie grzało, jezioro było spokojne, a wokół panowała ta charakterystyczna wakacyjna cisza, której człowiek zaczyna szukać po kilku dniach spędzonych wśród obozowego hałasu.

Rozłożyłyśmy ręczniki.

Wika usiadła na swoim i westchnęła.

— Tego mi było trzeba.

— Mówiłam.

— Nie przypominaj sobie za każdym razem.

— Będę.

Zdjęłam koszulkę i odłożyłam ją obok ręcznika.

Wika spojrzała na mnie.

Potem na jezioro.

Potem znowu na mnie.

Uśmiechnęłam się.

— Co?

— Nic.

— Znam to twoje „nic”.

— A ja znam twoje „co?”.

— I?

— I nic.

Roześmiałam się.

Zdjęłam resztę ubrania i położyłam się na ręczniku.

Dla mnie nie było w tym nic nadzwyczajnego. Po prostu chciałam złapać trochę słońca i odpocząć.

Wika jednak jeszcze siedziała.

I przez chwilę miałam wrażenie, że coś analizuje.

— Mogę cię o coś zapytać? — odezwała się.

— Pewnie.

— Ty naprawdę w ogóle się tym nie przejmujesz?

— Czym?

— Że ktoś może zobaczyć.

Rozejrzałam się.

— Jesteśmy nad jeziorem, nie w środku centrum handlowego.

— No tak, ale...

— Wika, jeśli ktoś przypadkiem zobaczy, że opalasz się bez ubrania, to zobaczy. Nic strasznego.

— Tobie łatwo powiedzieć.

— Wcale nie zawsze było mi łatwo.

Spojrzała na mnie uważniej.

— Naprawdę?

— Naprawdę.

Usiadłam na ręczniku.

— Kiedyś też się zastanawiałam, czy ktoś patrzy. Czy wyglądam dobrze. Czy nie mam czegoś, czego nie powinnam mieć. Czy ktoś czegoś nie skomentuje.

— I co się stało?

— Nic.

— Nic?

— Właśnie. Nic się nie stało. W końcu człowiek odkrywa, że większość tych wszystkich spojrzeń istnieje głównie w jego własnej głowie.

Wika milczała.

— Ale nie musisz się rozbierać — dodałam. — Serio. Jeśli nie masz ochoty, zostań tak, jak jesteś.

Popatrzyła na mnie.

— A jeśli mam ochotę, tylko trochę się boję?

— To wtedy możesz zrobić dokładnie to, na co masz ochotę.

Przez moment patrzyłyśmy na siebie.

I wtedy Wika uśmiechnęła się lekko.

— Ty zawsze musisz wszystko tak odwrócić?

— Jak?

— Zamiast powiedzieć mi, co mam zrobić, mówisz, że sama mam zdecydować.

— Bo to twoje ciało.

— Wiem.

— I twoja decyzja.

— Wiem.

— To po co pytasz?

— Żeby z tobą pogadać.

I właśnie za to ją lubiłam.

Wika położyła się na plecach.

Przez chwilę patrzyła w niebo.

Potem usiadła.

Zdjęła koszulkę.

Odłożyła ją obok siebie.

Spojrzała na mnie.

— No i?

— No i nic.

— Nic?

— Wyglądasz jak człowiek, który właśnie podjął decyzję.

— Bardzo śmieszne.

— Staram się.

Wika zaśmiała się cicho.

Po chwili pozbyła się reszty ubrania i położyła obok mnie na ręczniku.

Nie zrobiła tego teatralnie.

Nie było żadnego „wielkiego momentu”.

Po prostu zdecydowała, że chce spróbować.

A ja udawałam, że to zupełnie zwyczajna rzecz.

Choć prawda była taka, że przez sekundę poczułam dziwne napięcie.

Może dlatego, że nagle znalazłyśmy się obok siebie w sytuacji, która jeszcze kilka dni wcześniej wydawała mi się kompletnie nie do wyobrażenia.

Wika chyba też to poczuła.

— Dziwnie? — zapytała.

— Trochę.

— Tobie?

— Tobie też, prawda?

Pokiwała głową.

— Trochę.

— To jesteśmy kwita.

Uśmiechnęła się.

— Dobrze, że jesteś obok.

Spojrzałam na nią.

— Też się cieszę.

Przez kilka minut leżałyśmy w ciszy.

I co ciekawe, im dłużej tak leżałyśmy, tym bardziej wszystko stawało się zwyczajne.

Słońce.

Trawa.

Jezioro.

Szum liści.

I my.

Wika nagle powiedziała:

— Wiesz co?

— Co?

— Chyba nie jest tak strasznie.

— Mówiłam.

— Tylko nie mów „a nie mówiłam”.

— A nie mówiłam?

— Marta!

Zaśmiałam się.

— Dobrze, już dobrze.

Wika przymknęła oczy.

— Właściwie to jest całkiem przyjemne.

— Bo nie myślisz o tym, jak wyglądasz.

— Właśnie.

Po chwili dodała:

— Chociaż trochę o tym myślę.

— To normalne.

— A ty?

— Teraz?

— Tak.

Zastanowiłam się.

— Teraz bardziej myślę o tym, że pierwszy raz naprawdę odpoczywasz.

Wika odwróciła głowę w moją stronę.

— Ty naprawdę potrafisz człowieka rozbroić jednym zdaniem.

— Mam doświadczenie.

— Z kobietami?

Zaśmiałam się.

— Z ludźmi.

— Aha.

To jej „aha” zabrzmiało zdecydowanie zbyt niewinnie.

Spojrzałam na nią.

Ona na mnie.

I przez chwilę żadna z nas się nie odezwała.

Znów to było.

To krótkie zawahanie.

To spojrzenie, które trwało trochę dłużej niż zwykle.

W końcu Wika uśmiechnęła się i odwróciła głowę.

— Chodźmy popływać.

— Uciekasz?

— Przed czym?

— Przede mną.

— Może trochę.

— Wiedziałam.

Wstała i ruszyła w stronę jeziora.

— Idziesz?

— Już!

Pobiegłam za nią.

I pomyślałam wtedy, że chyba właśnie wydarzyło się coś ważnego.

Nie dlatego, że obie leżałyśmy nago na trawie.

Tylko dlatego, że Wika zrobiła coś, na co miała ochotę, mimo że wcześniej się tego obawiała.

A ja po raz pierwszy zobaczyłam, jak bardzo jej ufam.

I chyba właśnie wtedy nasza łąka przestała być tylko kawałkiem trawy nad jeziorem.

Stała się naszym miejscem.

Miejscem, do którego można było uciec od całego świata.

I odrobinę także od samych siebie.

Nasz mały rytuał

Po tamtym pierwszym razie coś się zmieniło.

Nie wiem nawet dokładnie co.

Nagle jezioro przestało być po prostu jeziorem.

Stało się miejscem, do którego obie zaczęłyśmy czekać przez cały dzień.

Rano, przy śniadaniu, Wika potrafiła rzucić tylko:

— Dzisiaj?

A ja odpowiadałam:

— Dzisiaj.

I nie trzeba było mówić nic więcej.

Nasze popołudnia zaczęły wyglądać podobnie.

Kończyłyśmy pracę, przebierałyśmy się i ruszałyśmy polną drogą.

Czasami rozmawiałyśmy całą drogę.

Czasami milczałyśmy.

Czasami jedna z nas miała fatalny humor i druga musiała ją jakoś naprawić.

Pewnego dnia Wika wyszła z budynku i spojrzała na mnie.

— Nie pytaj.

— Nawet nie zdążyłam.

— Ale zaraz byś zapytała.

— Dobrze. To pytam.

— Dzieciaki doprowadziły mnie do szału.

— A konkretnie?

— Jeden z nich przez pół godziny próbował mnie przekonać, że żaba mieszka w jego plecaku.

— I co?

— Sprawdziłam.

— I?

— Nie było żaby.

— Czyli cię oszukał.

— Najwyraźniej.

— Wika...

— Co?

— Jutro sprawdź jeszcze raz.

Popatrzyła na mnie przez chwilę.

— Ty jesteś okropna.

— Ale przyszłaś ze mną nad jezioro.

— Bo potrzebuję odpoczynku od ciebie.

— To bardzo logiczne.

Roześmiałyśmy się.

I już po chwili cały obozowy stres gdzieś znikał.

Na naszej łące też miałyśmy swoje zwyczaje.

Najpierw ręczniki.

Potem woda.

Potem słońce.

A później rozmowy.

Czasami leżałyśmy obok siebie i każda czytała coś swojego.

Czasami przez godzinę nie robiłyśmy absolutnie nic.

A czasami zaczynała się rozmowa, która miała potrwać pięć minut, a kończyła się dopiero wtedy, kiedy słońce zaczynało zachodzić.

Wika coraz swobodniej czuła się bez ubrań.

Początkowe skrępowanie właściwie zniknęło.

Pamiętam jeden z takich dni.

Leżałyśmy na trawie, a Wika powiedziała:

— Wiesz co jest najdziwniejsze?

— Co?

— Że na początku myślałam, że będę cały czas myśleć o tym, że jestem naga.

— I?

— I po dziesięciu minutach kompletnie przestałam.

— No właśnie.

— Zaczęłam myśleć o tym, że jestem głodna.

— To zdecydowanie bardziej niebezpieczne.

— Masz coś do jedzenia?

— Nie.

— Czyli jednak nie jesteś taką dobrą przyjaciółką.

— Jutro przyniosę kanapki.

— Dwie?

— Trzy.

— Wiedziałam, że cię lubię.

Spojrzałam na nią.

— Tylko za kanapki?

— Nie.

Uśmiechnęła się.

— Ale kanapki pomagają.

Z czasem nasze rozmowy robiły się coraz bardziej osobiste.

Wika zaczęła opowiadać mi o swoim życiu.

O związkach.

O rozczarowaniach.

O tym, jak czasami człowiek zostaje z kimś zdecydowanie za długo, tylko dlatego, że boi się zacząć od nowa.

Ja też opowiadałam jej o sobie.

Rzeczy, których nie mówi się każdemu.

I chyba właśnie wtedy zrozumiałam, że najbardziej podoba mi się w niej nie to, jak wygląda, ale to, że przy niej nie muszę niczego udawać.

Pewnego wieczoru powiedziałam:

— Wiesz, że jesteś jedną z niewielu osób, przy których mogę gadać absolutnie o wszystkim?

Wika spojrzała na mnie.

— Ty też.

— To chyba dobrze.

— Bardzo.

Zapadła cisza.

Wika przesunęła się trochę bliżej.

Nieznacznie.

Tak, że nasze ramiona prawie się stykały.

— Marta?

— Tak?

— Mogę cię o coś zapytać?

— Możesz.

— Ty od początku wiedziałaś, że mnie polubisz?

Uśmiechnęłam się.

— Nie.

— A kiedy wiedziałaś?

Zastanowiłam się.

— Chyba wtedy, kiedy zaczęłam się zastanawiać, czy przyjdziesz następnego dnia.

Wika przez chwilę nic nie mówiła.

— Ja chyba miałam podobnie.

Serce zabiło mi trochę szybciej.

I oczywiście udawałam, że tego nie zauważyłam.

Któregoś dnia siedziałyśmy nad wodą po kąpieli.

Wika patrzyła na jezioro.

— Wiesz, że będę tęsknić za tym miejscem?

— Jeszcze się nie skończyło.

— Wiem.

— To nie tęsknij na zapas.

— Łatwo ci powiedzieć.

— Dlaczego?

Spojrzała na mnie.

— Bo ty chyba zawsze wiesz, co będzie dalej.

Pokręciłam głową.

— Wcale nie.

— To czego się boisz?

To pytanie mnie zaskoczyło.

Popatrzyłam na nią.

— Że niektóre rzeczy kończą się za szybko.

Wika przez chwilę nic nie mówiła.

Potem powiedziała cicho:

— Nie wszystko musi się skończyć razem z obozem.

Spojrzałam na nią.

I znowu pojawiło się to spojrzenie.

To nasze.

Trochę za długie.

Trochę za bliskie.

Takie, którego żadna z nas nie komentowała.

Może obie bałyśmy się nazwać to, co zaczynało się pojawiać między wierszami.

A może po prostu było nam dobrze tak, jak było.

Od tamtej pory jezioro stało się naszym małym rytuałem.

Po pracy — jezioro.

Słońce — jezioro.

Gorszy dzień — jezioro.

Dobry dzień — tym bardziej jezioro.

I chyba właśnie tam, na tej łące, nauczyłyśmy się być ze sobą naprawdę blisko.

Bez wielkich deklaracji.

Bez pytań.

Bez potrzeby nazywania wszystkiego.

Po prostu razem.

Aż pewnego dnia Wika leżąc obok mnie, powiedziała:

— Wiesz co?

— Co?

— Chyba zaczynam rozumieć, dlaczego naturyzm jest dla ciebie czymś więcej niż chodzeniem bez ubrań.

Odwróciłam głowę w jej stronę.

— Chcesz wiedzieć dlaczego?

— Chcę.

Uśmiechnęłam się.

— To ci opowiem.

I wtedy zaczęła się rozmowa, której chyba obie potrzebowałyśmy.

A właściwie, czym dla mnie jest naturyzm?

— To ci opowiem.

Wika spojrzała na mnie z tym swoim lekkim uśmiechem, który już zdążyłam polubić bardziej, niż chyba powinnam.

— No dobrze. Słucham.

Przez chwilę patrzyłam na jezioro. Woda była prawie zupełnie spokojna, tylko od czasu do czasu po powierzchni przechodziła niewielka fala. Pomyślałam, że to chyba najlepszy moment, żeby jej odpowiedzieć.

— Wiesz… dla mnie naturyzm nigdy nie był po prostu chodzeniem bez ubrań.

— Czyli jednak jest w tym coś więcej?

— Zdecydowanie.

Przekręciłam się na bok i oparłam głowę na dłoni.

— Kiedyś wydawało mi się, że najtrudniejsze w rozebraniu się jest… rozebranie się.

Wika się roześmiała.

— Logiczne.

— No właśnie. A potem się okazało, że wcale nie. Najtrudniejsze jest to, co człowiek ma w głowie.

— Czyli?

— To, że ciągle zastanawiasz się, jak wyglądasz. Czy brzuch jest za duży. Czy nogi wyglądają dobrze. Czy ktoś patrzy. Co sobie pomyśli. Czy przypadkiem nie wyglądasz śmiesznie.

Wika pokiwała głową.

— O tak. To akurat znam.

— No właśnie. I nagle trafiasz w miejsce, gdzie ludzie po prostu są. Bez całej tej codziennej kontroli.

— Bez ubrań.

— Bez ubrań — przytaknęłam. — Ale przede wszystkim bez tej całej zbroi w głowie.

Wika przez chwilę milczała.

— Wiesz, że właśnie tego się nie spodziewałam?

— Czego?

— Że to może być takie… zwyczajne.

Uśmiechnęłam się.

— Bo jest zwyczajne. Tylko my przez pół życia uczymy się, że ciało trzeba ukrywać, poprawiać, porównywać i oceniać. A potem człowiek nagle odkrywa, że można po prostu usiąść nad jeziorem i mieć święty spokój.

— I opalać się bez pasków od stroju.

— Oczywiście. To najważniejsza część całej filozofii. — Spojrzałam na nią poważnie. — Reszta to dodatki.

Wika wybuchnęła śmiechem.

— Wiedziałam! Cała ta filozofia była tylko przykrywką!

— Dokładnie. Przejrzałaś mnie.

Po chwili znów spoważniałyśmy.

— Ale tak naprawdę — powiedziałam — naturyzm dał mi coś, czego wcześniej bardzo mi brakowało. Swobodę.

— Swobodę?

— Taką zwyczajną. Że nie muszę cały czas myśleć o sobie z perspektywy kogoś innego.

Wika spojrzała na mnie uważnie.

— To znaczy?

— Że nie ubieram się po to, żeby ktoś mnie zaakceptował. Nie rozbieram się po to, żeby ktoś na mnie patrzył. Nie muszę niczego nikomu udowadniać. Jestem sobie. Ty jesteś sobie. Słońce świeci, jezioro jest mokre… i jakoś wszystko działa.

— Brzmi prosto.

— Bo powinno być proste.

Wika podniosła się lekko na łokciu.

— A gdzie w tym wszystkim są inni ludzie?

— Właśnie w tym, że trzeba ich szanować.

— Czyli?

— Czyli moja wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się czyjś dyskomfort. Jeśli ktoś nie chce być nagi, to nie jest. Jeśli ktoś nie chce, żeby ktoś się na niego gapił, to nie powinien być obiektem cudzej rozrywki. Jeśli ktoś mówi „nie”, to znaczy „nie”.

Wika przez chwilę patrzyła na mnie bez słowa.

— To chyba oczywiste.

— Teoretycznie.

— A praktycznie?

Westchnęłam.

— Praktycznie ludzie czasami komplikują rzeczy, które wcale nie są skomplikowane.

Wika pokiwała głową.

— Czyli naturyzm to dla ciebie bardziej kwestia podejścia niż nagości?

— Dokładnie.

— A nie przeszkadza ci, że ktoś może pomyśleć coś głupiego?

Zaśmiałam się cicho.

— Oczywiście, że mi przeszkadza. Jestem człowiekiem, a nie kamieniem.

— Czyli jednak czasami się przejmujesz?

— Jasne. Tylko nauczyłam się, że nie mogę przeżyć życia, zastanawiając się, co ktoś sobie o mnie pomyśli.

Wika przez chwilę milczała.

— Chyba zaczynam rozumieć.

— Co?

— Dlaczego tak dobrze się tutaj czuję.

Spojrzałam na nią.

— Tutaj, czyli nad jeziorem?

— Nie tylko.

I właśnie wtedy poczułam, że ta rozmowa przestała być wyłącznie o naturyzmie.

— Wiesz — powiedziała po chwili — wcześniej myślałam, że żeby czuć się dobrze bez ubrań, trzeba mieć odpowiednie ciało.

— A teraz?

Wzruszyła ramionami.

— Teraz myślę, że trzeba mieć odpowiednią głowę.

Uśmiechnęłam się szeroko.

— No proszę. Wika. Kilka dni ze mną i już filozof.

— Nie przesadzaj. Jeszcze mi daleko do ciebie.

— Całe szczęście. Jedna taka wystarczy.

Roześmiałyśmy się obie.

Potem Wika znów spojrzała na jezioro.

— I chyba podoba mi się jeszcze jedna rzecz.

— Jaka?

— Że tutaj nie muszę niczego udawać.

Tym razem nie odpowiedziałam od razu.

Bo dokładnie to samo czułam przy niej.

— Przy mnie też? — zapytałam w końcu.

Wika odwróciła głowę.

Spojrzała mi prosto w oczy.

— Chyba najbardziej.

No i co ja miałam na to powiedzieć?

Czasami człowiek może mieć przygotowaną całą filozoficzną odpowiedź na temat naturyzmu, wolności i akceptacji własnego ciała…

…a potem jedna kobieta spojrzy na ciebie w taki sposób i wszystkie mądre słowa nagle gdzieś znikają.

— To dobrze — powiedziałam tylko.

— Tylko dobrze?

— Bardzo dobrze.

Wika uśmiechnęła się i znów położyła na ręczniku.

Przez chwilę leżałyśmy w ciszy.

I właśnie wtedy pomyślałam, że chyba najważniejszą rzeczą, jaką dał mi naturyzm, nie było wcale to, że nauczyłam się być nago.

Nauczył mnie być sobą.

A jeszcze bardziej niezwykłe było to, że tutaj, nad tym jeziorem, znalazłam kogoś, przy kim nie musiałam się nawet zastanawiać, czy mogę.

Po prostu mogłam.

Wika chciała właśnie coś powiedzieć, kiedy nagle usłyszałyśmy cichy szelest dobiegający od strony krzaków.

Spojrzałyśmy na siebie.

— Słyszałaś? — zapytała.

— Niestety.

Przez chwilę obie nasłuchiwałyśmy.

Znów coś zaszeleściło.

Wika uniosła brew.

— Chyba jednak nie jesteśmy tutaj same.

— No to wygląda na to — powiedziałam — że nasz mały, spokojny zakątek właśnie dostał publiczność.

Mamy publiczność!

— Chyba jednak nie jesteśmy tutaj same.

Wika powiedziała to spokojnie.

Ja natomiast od razu usiadłam.

— Co?

— Krzaki.

Spojrzałam w tamtą stronę.

Rzeczywiście. Coś się poruszało.

Przez chwilę obie patrzyłyśmy w milczeniu.

Szelest.

Chwila ciszy.

Znowu szelest.

— Wiesz… — powiedziałam — jeśli to sarna, to wyjątkowo nieśmiała.

— A jeśli nie?

Nie odpowiedziałam.

Po prostu sięgnęłam po ręcznik.

Wika zrobiła dokładnie to samo.

W sekundę obie próbowałyśmy się nim zasłonić, jednocześnie patrząc w stronę krzaków.

— No pięknie — mruknęła Wika. — Człowiek przyjeżdża nad jezioro odpocząć, a tu nagle casting na publiczność.

— Cicho.

— Przecież jeszcze nic nie powiedziałam.

— Właśnie powiedziałaś.

— No dobrze.

Kolejny szelest.

I wtedy zobaczyłyśmy głowę.

Potem drugą.

A za nimi trzecią.

— O nie… — powiedziała Wika.

— Chłopaki!

Głowy natychmiast zniknęły.

— Widziałam was! — zawołałam.

Cisza.

— I słyszałam.

Jeszcze większa cisza.

Wika spojrzała na mnie.

— Myślisz, że teraz będą udawać krzaki?

— Wszystko na to wskazuje.

— Słabe przebranie.

Parsknęłam śmiechem.

— Wyjdźcie z tych krzaków — powiedziałam już głośniej. — I spokojnie. Tylko porozmawiamy.

Po kilku sekundach pojawił się jeden z chłopaków.

Potem drugi.

Trzeci najwyraźniej potrzebował jeszcze chwili, żeby zebrać odwagę.

— Dzień dobry — powiedział pierwszy.

— Dzień dobry — odpowiedziałam.

— My tylko…

— Wiem — przerwałam mu. — Tylko patrzyliście.

Chłopak spuścił wzrok.

— Przepraszamy.

— I dobrze. Ale następnym razem po prostu podejdźcie i zapytajcie, czy można porozmawiać. Nie chowajcie się po krzakach.

— Myśleliśmy, że…

— Właśnie. Myśleliście.

Wika zakryła usta dłonią, żeby nie wybuchnąć śmiechem.

Spojrzałam na nią.

— Co?

— Nic.

— Wika…

— Naprawdę nic.

Chwilę później nie wytrzymała.

— Po prostu bardzo podoba mi się twoja metoda wychowawcza.

Chłopaki też zaczęli się uśmiechać.

Atmosfera trochę się rozluźniła.

Ale ja nadal trzymałam ręcznik mocno wokół siebie.

— Serio mówię. To, że ktoś korzysta z naturyzmu, nie oznacza, że można sobie urządzać podglądanie.

— Rozumiemy.

— Mam nadzieję.

Wika dorzuciła:

— Krzaki nie są biletem wstępu.

Spojrzałam na nią.

— Znowu te krzaki?

— Stały się ważną częścią naszego życia.

Jeden z chłopaków się roześmiał.

— No dobra. To już idziemy.

— I to jest świetny pomysł.

Chłopaki zaczęli się wycofywać.

Po kilku krokach jeden z nich zatrzymał się.

— Przepraszamy jeszcze raz.

— Przyjęte — powiedziałam. — Miłego dnia.

— Wam też.

I zniknęli.

No… prawie.

Po chwili usłyszałyśmy:

— Ej, którędy wracamy?

— Tędy!

— Ale tędy przyszliśmy!

— No właśnie!

Spojrzałam na Wikę.

Wika spojrzała na mnie.

— Oni naprawdę zgubili się we własnych krzakach.

— Widocznie natura ich pokonała.

I wtedy obie wybuchnęłyśmy śmiechem.

Dopiero kiedy upewniłyśmy się, że chłopaki rzeczywiście odeszli, odłożyłam ręcznik.

Wika zrobiła to samo.

— Ale mnie wystraszyli — powiedziała.

— Mnie też.

— I wiesz co?

— Co?

— Przez chwilę pomyślałam, że trzeba będzie się ubierać.

— Też o tym pomyślałam.

— Ale potem stwierdziłam, że nie będę pozwalała trzem ciekawskim chłopakom decydować, jak spędzę swój dzień.

— Dokładnie.

Wika położyła się z powrotem na ręczniku.

— Wiesz, czego się właśnie nauczyłam?

— Czego?

— Że można czuć się swobodnie bez ubrań i jednocześnie mieć granice.

— To chyba jedna z najważniejszych rzeczy w naturyzmie.

— Czyli mogę być sobą…

— Możesz.

— …ale inni też muszą pamiętać, że ja decyduję, kto ma dostęp do mojej przestrzeni.

— Dokładnie.

Wika uśmiechnęła się.

— No proszę. A miała być tylko kawa, jezioro i opalanie.

— Zamiast tego dostałyśmy wykład z etyki, trzy głowy w krzakach i zagubioną ekspedycję.

— Czyli całkiem udany dzień.

— Bardzo.

Po chwili Wika spojrzała na jezioro.

— To co?

— Co?

— Idziemy popływać?

— Teraz?

— A czemu nie?

— A publiczność?

Wika rozejrzała się demonstracyjnie.

— Publiczność została odesłana do domu.

— Masz rację.

Wstałyśmy.

I ruszyłyśmy w stronę wody.

Po kilku krokach Wika zatrzymała się i odwróciła.

— Marta?

— Co?

— Następnym razem wybieramy miejsce bez krzaków.

— Nie ma takich miejsc.

— To bez chłopaków.

— Tego też chyba nie zagwarantujesz.

— Trudno.

Uśmiechnęła się.

— Najwyżej zrobimy casting.

— Na co?

— Na publiczność.

— Wika!

— No co? Tym razem my będziemy wybierać.

I znowu zaczęłyśmy się śmiać.

A ja pomyślałam, że właśnie za takie momenty zaczynam ją lubić coraz bardziej.

Bo z nią nawet zwykłe popołudnie nad jeziorem potrafiło zamienić się w historię, którą później opowiada się przez lata.

Wika chce spróbować sauny

Po całym zamieszaniu z chłopakami długo jeszcze żartowałyśmy z naszej „publiczności”.

Wika oczywiście nie mogła sobie odpuścić.

— Myślisz, że jutro też przyjdą? — zapytała, kiedy leżałyśmy już spokojnie nad jeziorem.

— Mam nadzieję, że nie.

— A ja mam nadzieję, że tak.

Odwróciłam głowę w jej stronę.

— Dlaczego?

— Bo chciałabym zobaczyć, jak długo potrafią biec przez te krzaki.

— Ty naprawdę jesteś niemożliwa.

— Wiem.

Roześmiałyśmy się.

A potem zapadła cisza.

Ta dobra cisza, która między nami pojawiała się coraz częściej. Nie trzeba było jej niczym wypełniać. Mogłyśmy po prostu leżeć obok siebie, słuchać wody i czuć ciepło słońca.

Tylko że tym razem było w tej ciszy coś jeszcze.

Coraz częściej łapałam się na tym, że patrzę na Wikę wtedy, kiedy ona nie patrzy na mnie.

Na jej uśmiech.

Na sposób, w jaki odgarnia włosy.

Na ten charakterystyczny gest, kiedy marszczy nos, próbując coś sobie przypomnieć.

I za każdym razem, kiedy orientowałam się, że znowu to robię, udawałam przed samą sobą, że przecież nic się nie dzieje.

No bo co miałoby się dziać?

Przyjaźń.

Sympatia.

Dobre porozumienie.

Tyle.

Tylko że „tyle” zaczynało mi się robić trochę za ciasne.

— Wiesz co? — odezwała się nagle Wika.

— Co?

— Chyba już wiem, co miałaś na myśli.

— Znowu filozofujemy?

— Trochę.

— No dobrze. Zamieniam się w słuch.

Wika podparła się na łokciu.

— Jak mówiłaś, że naturyzm to nie jest tylko bycie nago… wtedy jeszcze nie do końca to rozumiałam.

— A teraz?

— Teraz chyba zaczynam.

— I?

— Chodzi chyba o to, że przestajesz myśleć o tym, że jesteś nago.

Uśmiechnęłam się.

— Dokładnie.

— Na początku cały czas o tym myślałam.

— Wiem.

— A teraz bardziej myślę o tym, czy woda będzie zimna.

— To bardzo dobry znak.

— Czyli zostałam prawdziwą naturystką?

— Spokojnie. Jeszcze egzamin przed tobą.

— Jaki?

— Nie wiem. Wymyślę.

— Wiedziałam, że coś kombinujesz.

Zaśmiała się.

A ja pomyślałam, że chyba właśnie za ten śmiech będę później tęsknić najbardziej.

Ta myśl przyszła nagle.

I zupełnie mi się nie spodobała.

Bo przecież obóz miał się kiedyś skończyć.

A ja zaczynałam zachowywać się tak, jakby nie chciał się skończyć nigdy.

— Właściwie jest jeszcze jedna rzecz — powiedziała Wika.

— Co?

— Sauna.

— Sauna?

— Tak. Bywasz?

— Byłam kilka razy.

— I?

— Lubię.

Wika uśmiechnęła się.

— Ja też.

— Też nago?

Spojrzała na mnie z rozbawieniem.

— Marta…

— No co?

— A jak chciałabyś chodzić do sauny? W kurtce?

— Można by spróbować. Byłoby bardzo praktycznie.

— Szczególnie przy dziewięćdziesięciu stopniach.

— Racja. Nie pomyślałam.

Pokręciła głową.

— Tak. Nago. Normalnie.

— I naprawdę nikogo to nie dziwi?

— Właśnie o to chodzi. Nikogo.

Słuchałam jej uważnie.

Wika opowiadała o tym, że w saunie nagość jest czymś zupełnie naturalnym. Że ludzie przychodzą tam odpocząć, a nie oglądać siebie nawzajem. Że ręcznik, higiena, spokój i szacunek dla innych są ważniejsze niż to, kto jak wygląda.

— I wiesz, co jest najlepsze? — zapytała.

— Co?

— Po kilku minutach przestajesz w ogóle zwracać uwagę na to, kto jest ubrany, a kto nie. To po prostu przestaje mieć znaczenie.

— Czyli podobnie jak tutaj.

— Bardzo podobnie.

— Tylko chyba trudniej.

— Na początku może.

Wika spojrzała na mnie.

— Dlatego kiedyś cię zabiorę.

— Mnie?

— Ciebie.

— Do sauny?

— Tak.

— Odważna propozycja.

— Nie powiedziałam, że jutro.

— Szkoda. Już miałam się stresować.

— Spokojnie. Masz czas.

Uśmiechnęłam się.

— A jeśli stchórzę?

— To stchórzysz.

— Bardzo motywujące.

— Marta, naprawdę. Jak będziesz chciała, spróbujesz. Jak nie, to nie. Bez presji.

Przez chwilę patrzyłyśmy na siebie.

— Właśnie dlatego chcę, żebyś poszła ze mną — dodała ciszej.

I znowu zrobiło się cicho.

Tym razem jednak nie była to zwykła cisza.

Coś w jej spojrzeniu zatrzymało mnie na dłużej.

Nie odwróciłam wzroku.

Wika też nie.

To trwało może kilka sekund.

A jednak miałam wrażenie, że znacznie dłużej.

— Dobra — powiedziałam w końcu.

— Dobra?

— Jak wrócimy do domu, możesz mnie kiedyś zabrać.

Uśmiechnęła się.

— Umowa.

Jej dłoń leżała na ręczniku między nami. Moja była niedaleko.

Przez chwilę miałam ochotę po prostu przesunąć palce te kilka centymetrów.

Nie zrobiłam tego.

Wika chyba pomyślała o tym samym, bo spojrzała na nasze dłonie, a potem znowu na mnie.

— Wiesz, że będę pamiętać? — zapytała.

— O saunie?

— O wszystkim.

To jedno słowo zostało między nami.

„Wszystkim”.

O jeziorze.

O naszych rozmowach.

O śmiechu.

O tym, jak szybko stałyśmy się sobie bliskie.

O spojrzeniach, których żadna z nas już chyba nie udawała, że nie zauważa.

— Ja też — odpowiedziałam.

Wika przysunęła dłoń odrobinę bliżej.

Nasze palce lekko się zetknęły.

Tylko na moment.

Ale żadna z nas nie cofnęła ręki.

— Marta?

— Hm?

— Nie chcę, żeby ten obóz się skończył.

Poczułam coś ściskającego mnie w środku.

— Ja też nie.

— A przecież jeszcze kilka dni temu nawet się nie znałyśmy.

— Wiem.

— Dziwne, prawda?

— Bardzo.

Spojrzałam na nią.

— Ale chyba są takie osoby, przy których człowiek od razu czuje, że coś jest inaczej.

Wika uśmiechnęła się delikatnie.

— Też tak masz?

— Mam.

— Ze mną?

Nie odpowiedziałam od razu.

Tylko spojrzałam jej w oczy.

— A jak myślisz?

Wika spuściła wzrok, ale uśmiech pozostał na jej twarzy.

I wtedy już wiedziałam.

Nieważne, jak nazwiemy to, co było między nami.

Przyjaźnią.

Zauroczeniem.

Fascynacją.

Czymś, co dopiero miało się wydarzyć.

Jedno było pewne.

Nie chciałam, żeby skończyło się razem z tym obozem.

A jednak czas miał swoje plany.

I właśnie dlatego ta obietnica o saunie nagle stała się dla mnie czymś znacznie ważniejszym niż zwykłym „kiedyś tam pójdziemy”.

Była naszym małym sposobem na powiedzenie:

„To jeszcze nie koniec.”

I nagle trzeba było się pożegnać

I nagle przyszedł ten dzień.

Ostatni dzień obozu.

Nie wiem, kto wymyślił, że wakacje powinny mieć początek i koniec, ale zdecydowanie nie zapytał nas o zdanie.

Od rana wszystko było jakieś inne.

Te same korytarze.

Te same ławki.

Ten sam zapach kawy w kuchni.

Te same głosy ludzi kręcących się po ośrodku.

A jednak czułam, że coś się kończy.

Pakowanie zawsze ma w sobie coś smutnego. Nagle człowiek zaczyna składać rzeczy, które jeszcze wczoraj wydawały się częścią codzienności. Kosmetyczka do torby. Ubrania do walizki. Książka na dno plecaka.

I człowiek zaczyna sobie uświadamiać:

To naprawdę koniec.

Wika pojawiła się w moim pokoju, kiedy próbowałam upchnąć ostatnią bluzkę do torby.

— Pomóc?

— Możesz.

— Co mam zrobić?

— Usiąść i udawać, że mi pomagasz.

— To akurat potrafię.

Usiadła na łóżku.

Spojrzałam na nią.

— No?

— No co?

— Miałaś pomagać.

— Przecież pomagam emocjonalnie.

— Bardzo skutecznie.

Zaśmiałyśmy się.

Ale tym razem śmiech szybko ucichł.

Wika rozejrzała się po pokoju.

— Dziwnie.

— Co?

— Jeszcze niedawno przyjechałyśmy tutaj i nic o sobie nie wiedziałyśmy.

— A teraz?

— A teraz wiem o tobie chyba więcej, niż powinnam.

— Oho.

— Wiem, kiedy jesteś głodna.

— To akurat łatwe.

— Wiem, kiedy się czymś przejmujesz.

Przestałam się uśmiechać.

— Wiem, kiedy udajesz, że wszystko jest w porządku.

Spojrzałam na nią.

— Aż tak dobrze mnie znasz?

— Chyba tak.

Usiadłam obok niej.

Przez chwilę siedziałyśmy w ciszy.

— Będę za tobą tęsknić — powiedziała nagle.

Tak po prostu.

Bez żartu.

Bez uciekania w śmiech.

Poczułam, jak coś ściska mnie w gardle.

— Ja za tobą też.

Wika spuściła wzrok.

— Nie lubię pożegnań.

— Ja też nie.

— Zwłaszcza takich.

— Jakich?

— Kiedy człowiek nie chce, żeby coś się skończyło.

Przesunęłam dłoń po łóżku i zatrzymałam ją obok jej ręki.

Tym razem nie musiałyśmy już niczego udawać.

Wika położyła swoją dłoń na mojej.

Ciepłą.

Spokojną.

Taką, którą znałam już z tych wszystkich małych chwil, których wcześniej nawet nie zauważałam.

— Przecież to nie musi się skończyć — powiedziałam.

— Wiem.

— Naprawdę.

— Wiem.

Ale po jej głosie słyszałam, że jeszcze w to nie wierzy.

— Mamy przecież saunę.

Spojrzała na mnie.

I nagle się uśmiechnęła.

— No właśnie.

— Nie zapomniałam.

— Dobrze.

— Powiedziałaś, że mnie zabierzesz.

— Zabiorę.

— Obietnica?

— Obietnica.

— To mamy plan.

— Mamy.

I chyba właśnie tego potrzebowałyśmy.

Nie wielkich deklaracji.

Nie zapewnień, że od jutra będziemy codziennie do siebie dzwonić.

Po prostu małego planu.

Czegoś, co czekało gdzieś po drugiej stronie końca obozu.

Kiedy później przyszła pora wyjazdu, wszystko wydarzyło się zdecydowanie za szybko.

Walizki.

Samochody.

Pożegnania.

„Trzymaj się”.

„Do zobaczenia”.

„Napisz, jak dojedziesz”.

Wokół nas ludzie żegnali się ze sobą, śmiali, robili sobie zdjęcia.

A ja miałam wrażenie, że słyszę tylko Wikę.

Stałyśmy obok siebie.

Trochę za blisko jak na zwykłe koleżanki.

Trochę za daleko jak na to, czego obie chyba chciałyśmy.

— No dobra — powiedziała.

— No dobra.

— To jedziesz.

— Jadę.

— I wracasz do swojego normalnego życia.

— Ty też.

Wika pokręciła głową.

— Chyba już nie będzie takie samo.

— Dlaczego?

Spojrzała mi prosto w oczy.

— Bo poznałam ciebie.

No i co ja miałam na to odpowiedzieć?

Przytuliłam ją.

Mocno.

Trochę dłużej, niż wypadało przy zwykłym pożegnaniu.

Ale tego dnia zupełnie mnie to nie obchodziło.

Poczułam jej policzek przy swoim.

Jej dłonie zacisnęły się na chwilę na moich plecach.

I przez tych kilka sekund cały ten hałas dookoła przestał istnieć.

Kiedy się odsunęłyśmy, Wika spojrzała na mnie z tym swoim uśmiechem.

— Nie zapomnij.

— O czym?

— Sauna.

Roześmiałam się.

— Ty naprawdę potrafisz zepsuć wzruszający moment.

— Ktoś musi.

— Dobrze. Nie zapomnę.

— To kiedy?

— Wika!

— Pytam na wszelki wypadek.

— Najpierw dojedźmy do domu.

— Dobrze.

Zrobiła krok do tyłu.

Ja też.

I przez chwilę po prostu na siebie patrzyłyśmy.

Chciałam coś jeszcze powiedzieć.

Naprawdę chciałam.

Tylko że nie wiedziałam co.

„Będę tęsknić” już powiedziałam.

„Do zobaczenia” też.

„Uważaj na siebie” brzmiało zbyt zwyczajnie.

Więc powiedziałam tylko:

— Wika?

— Tak?

— Cieszę się, że wtedy usiadłaś obok mnie przy śniadaniu.

Uśmiechnęła się.

— A ja, że zaprosiłaś mnie nad jezioro.

— Czyli jesteśmy kwita?

— Jeszcze nie.

— Dlaczego?

— Bo sauna dopiero przed nami.

Roześmiałam się.

— Masz rację.

Pomachała mi, odwróciła się i ruszyła w swoją stronę.

Stałam jeszcze chwilę i patrzyłam, jak odchodzi.

I dopiero wtedy dotarło do mnie, że człowiek może znać kogoś zaledwie kilka tygodni, a mimo to mieć wrażenie, jakby znał go od lat.

Nie wiedziałam, co dokładnie będzie dalej.

Nie wiedziałam, jak często będziemy się widywać.

Nie wiedziałam nawet, czy po powrocie do codzienności ta nasza niezwykła więź nadal będzie taka sama.

Wiedziałam tylko jedno.

Nie chciałam, żeby to był koniec.

A gdzieś między walizką, ostatnim spojrzeniem i obietnicą wspólnej sauny pojawiła się myśl, która nie dawała mi spokoju:

„To kiedy te Termy?”

To kiedy te Termy?

Powrót do domu po obozie był… dziwny.

Nie jakiś dramatyczny. Nie siedziałam przecież przy walizce i nie płakałam w poduszkę. 😉 Po prostu nagle wszystko wróciło do normalności.

Praca. Zakupy. Gotowanie. Pranie, którego jakimś cudem zawsze jest więcej po wyjeździe niż przed nim. Telefon dzwoniący wtedy, kiedy akurat nie powinien.

I cisza.

Ta sama cisza, która wcześniej była zwyczajna, nagle zrobiła się trochę za duża.

Przez kilka pierwszych dni łapałam się na tym, że podczas różnych codziennych sytuacji myślałam:

„Wika by się teraz z tego śmiała.”

Albo:

„Ciekawe, co Wika by na to powiedziała.”

I wtedy sama do siebie się uśmiechałam.

— No pięknie, Marta — mruknęłam któregoś dnia. — Dopiero wróciłaś, a już ci jej brakuje.

Nie zamierzałam jednak robić z tego wielkiej sprawy.

Na szczęście Wika najwyraźniej też nie zamierzała.

Pierwsza wiadomość przyszła chyba czwartego dnia po naszym powrocie.

Wika:

Przeżyłaś powrót do cywilizacji?

Zaśmiałam się, kiedy to przeczytałam.

Ja:

Ledwo. Cywilizacja jest przereklamowana.

Odpowiedź pojawiła się chwilę później.

Wika:

Wiedziałam.

Ja:

Skąd?

Wika:

Bo już na obozie miałaś minę, jakbyś chciała tam zostać na zawsze.

Ja:

Nieprawda.

Wika:

Prawda.

Ja:

Dobra. Może trochę.

I tak zaczęłyśmy pisać.

Niczego wielkiego. Żadnych wielkich deklaracji. Ot, zwyczajne wiadomości.

Jak minął dzień. Co u niej. Co u mnie. Jak praca. Czy nadal jestem w stanie patrzeć na zwykłe jezioro bez wspominania naszego.

Aż któregoś wieczoru napisała:

Wika:

Brakuje mi jeziora.

Popatrzyłam na ekran trochę dłużej.

Bo mnie też brakowało.

Ale miałam wrażenie, że nie tylko jeziora.

Ja:

Mnie też.

Chwilę nic.

Potem trzy kropki.

Zniknęły.

Pojawiły się znowu.

I w końcu:

Wika:

Mnie nie tylko jeziora.

No.

I co ja miałam na to odpowiedzieć?

Przyznaję — uśmiechnęłam się jak głupia.

Napisałam tylko:

Ja:

Wiem.

I chyba właśnie wtedy coś między nami zaczęło się zmieniać.

Nie gwałtownie.

Nie w sposób, który można łatwo nazwać.

Po prostu coraz częściej pisałyśmy.

Coraz częściej chciałyśmy się spotkać.

I coraz częściej łapałam się na tym, że nie chodziło już tylko o wspomnienia z obozu.

Chodziło o nią.

O Wikę.

Minęło jeszcze kilka dni.

Był zwyczajny wieczór. Siedziałam z kubkiem herbaty i przeglądałam telefon, kiedy znowu pojawiła się wiadomość.

Wika:

Pamiętasz coś?

Zmarszczyłam brwi.

Ja:

Zależy co.

Odpowiedź przyszła natychmiast.

Wika:

Saunę.

Parsknęłam śmiechem.

No oczywiście.

Ja:

Ty naprawdę nie odpuszczasz?

Wika:

Obiecałam.

Ja:

To ja już się zaczynam bać.

Wika:

Czego?

Ja:

Że ledwo wróciłam do cywilizacji, a ty już próbujesz mnie z niej znowu wyciągnąć.

Po chwili dostałam:

Wika:

Może właśnie o to chodzi.

I znowu ten uśmiech.

Ten sam, którego nie potrafiłam powstrzymać.

Ja:

No dobrze. To kiedy te Termy?

Tym razem odpowiedź nie przyszła od razu.

Zamiast tego dostałam wiadomość:

Wika:

Naprawdę chcesz?

I tutaj musiałam się na chwilę zatrzymać.

Bo mogłam odpowiedzieć żartem.

Mogłam napisać coś w stylu: „A co, boisz się?”

Ale nie chciałam.

Ja:

Tak. Naprawdę.

Trzy kropki.

Wika:

To wybieramy dzień.

I wybrałyśmy.

Bez wielkich planów. Bez robienia z tego jakiegoś wydarzenia życia.

Po prostu spotkamy się.

Pójdziemy do Term.

Pogadamy.

Pośmiejemy się.

A przy okazji sprawdzimy, czy to, co zaczęło się na obozie, rzeczywiście działa także poza nim.

Zapisałam datę w kalendarzu.

Spojrzałam na ekran i przez chwilę siedziałam bez ruchu.

Bo nagle dotarło do mnie coś bardzo prostego.

Ta sauna wcale nie była najważniejsza.

Najważniejsze było to, że po zakończeniu obozu żadna z nas nie powiedziała:

„No dobrze, było fajnie. Do zobaczenia kiedyś.”

My po prostu chciałyśmy się znowu zobaczyć.

I chyba właśnie to było najlepszym dowodem na to, że nasza znajomość nie skończyła się razem z ostatnim dniem obozu.

Wika miała rację.

To jeszcze nie był koniec.

To był dopiero początek.

A ja, patrząc na zapisany w kalendarzu termin, pomyślałam tylko:

„No dobra, Marta… zobaczymy, co z tego wszystkiego wyniknie.”

CDN...

  • Więcej
Komentarze (0)
Zaloguj się lub Załóż konto aby zobaczyć lub skomentować tę treść.
Popularne wpisy
Reklama