- · 44 znajomych
-
65 obserwujących
Dzień z życia Adminki, a nawet półtora, czyli poznajmy się bliżej
Coś mi chyba chodzi po pośladku... o teraz po drugim... Nie, to on... tradycyjne buzi na dzień dobry... w... pupę. Zawsze tak robi... do dzisiaj nie wiem dlaczego... Nawet nigdy nie pytałam. Może nie chcę go speszyć, bo... bardzo to lubię. Otwieram oko... i słyszę... wstawaj, wstawaj... ja wychodzę... Potem dwa lekkie klapsy w każdy pośladek dłonią... czuję jak moje pośladki ruszają się w tym momencie jak galaretka owocowa...
Poranek
Spałam... Myślałam, że będzie gorzej bo już się zaczęło... Upał... Ukrop... Piekło... zwał jak zwał w każdym razie nie gorąco ale bardzo gorąco ma być. Klima?... nie nie posiadam... Zlikwidowaliśmy ze względów zdrowotnych... Wentylatorki... tak owszem... Ale w nocy nie lubię... szumią...
Przekręcam się na plecy i rozkładam się na całym łóżku w figurę aniołka... Tak jak to się robi na śniegu dla zabawy... Przyjemne powietrze... rześko... chłodnawo jeszcze... bosko... Nareszcie bez bielizny... Miałam "te dni"... trzeba było spać w majtach... Teraz prawie na miesiąc spokój...
Patrzę w sufit... Jasno... wcześnie... która to?... 6-ta... Jeszcze chwilę poleżę... pomyślę...
Spoglądam z powrotem na budzik... 7 !!! Ja spałam ! Przysnęłam... Czas wstawać...
Siadam na łóżku... kapcie... Gdzie do cholery są moje kapcie... gdzie? Myślę, ale ciężko mi to idzie bo zaspana jestem bardzo. No... tak mam. Z godzinkę zejdzie... zanim zaskoczę i mój mózg połączy się z moim ciałem. Nie wiem czy się przyznać ale... rano zdarza mi się nie trafiać między futryny drzwi... Podobno to bardzo śmiesznie wygląda z boku... ale mnie wtedy boli jedno ramię albo drugie :)
W myślach odtwarzam wczorajszy koniec dnia aby odszukać na tym "filmie" kapci. Są... a przynajmniej muszą tam być w... łazience. Tak już pamiętam... Brałam prysznic i wyszłam do pokoju po koszulkę nocną boso i już zostałam...
Idę do łazienki... są! Zakładam i staję przed lustrem. Patrzę tradycyjnie na swoją twarz i odruchowo naciągam skórę tu i ówdzie. Sprawdzam wory pod oczami i zastanawiam się czy nie są dzisiaj aby za duże. Fryzura... to nie fryzura... to czupiradło. Sprawdzam dłońmi, układam... może trzeba by już farbować? Nie... jeszcze mogą być.
Siku... Tradycyjnie. Siedzę na kibelku i myślę... tak... tak mam. Niby to tylko chwila ale przez głowę przewija mi się dużo spraw. Myślę czy ćwiczyć dzisiaj. Nie chce mi się ale poćwiczę. Muszę trzymać wygląd dupska w ryzach. Za bardzo się ostatnio opuściłam a tu już sezon plażowy. Idę ćwiczyć... koniecznie.
Pić... Zachciało się pić. Biorę butelkę wody i doję jak zagubiony wędrowiec który dotarł do oazy. Woda rozlewa się po mojej brodzie. Wycieram dłonią brodę i szyję a mokrą dłoń w oparcie fotela... może nikt nie zauważy... Jak nie zauważy? Przecież jestem sama i u siebie?... Jestem... ale zakręcona... zaspana jeszcze.
No dobra... Trzeba się przebrać do ćwiczeń. Spuszczam z ramion ramiączka mojej koszulki tiulowej i już mam ją u swoich kostek. Wiem... ubiorę sobie moje mega spodenki... te zielonkowate... Są extra... dobrze się mi w nich ćwiczy. Za chwilę stoję już w moich spodenkach i koszulce sportowej na ramiączkach. Czas zaczynać. Dzisiaj pojeżdżę na stacjonarnym rowerze na tarasie.
Zapuszczam sobie ulubioną muzyczkę z lat 90-tych i zaczynam kręcić swoje kilometry aby moje dupsko nie miało szans na jakieś niekontrolowane wzrosty. Dzisiaj dam jej popalić. Pot będzie się z niej lał jak woda z rynny podczas deszczu.
Jest fajnie. Pogoda. W koło zielono. Jeszcze nie gorąco.
Kręcę i myślę. O dziewczynach na naszej stronie myślę. Dziwne? No nie... bo... zazdroszczę im. Tak... poważnie, zazdroszczę. Czego? Pokazywania się. Kobiety lubią się prezentować, jak to kobiety i ja też tak lubię i też bym tak chciała jak one... ale nie mogę... obiecałam. I teraz tego żałuję... bardzo.
No... ostatnio złamałam swoją obietnicę... przyznaje. Bo już nie wytrzymałam. W domu na razie nic się nie dzieje z tego powodu... może jakoś to przejdzie :)
Im więcej tak pedałuję to już czuję, że mnie coś bierze... Może by tak się pokazać jak ćwiczę? Wiem!... spodenkami się pochwalę... tylko!
Schodzę z roweru i ustawiam aparat... Najlepiej jak wszystko będę nagrywała a potem najfajniejsze klatki sobie wybiorę... Tak to dobry pomysł !
Kręcę... i się nagrywa. A ja znowu myślę. Po co ludziom fotki laski w ubraniu na stronie dla golasów... Ja głupia jakaś jestem. Hmmm... a może by tak... się rozebrać i na golasa się pokazać? Tylko jedno foto... Jedno dla udokumentowania... jedno. A poza tym jest gorąco i spocona już jestem...Na golasa będzie i nawet przyjemniej :)
Rozbieram się i dalej kręcę. Jest super... superowo wręcz. Czuć powiew powietrza na ciele które przyjemnie schładza moją skórę. Dodaję gazu... muszę mieć 18-20 km na liczniku po dupie ma się lać aby utrzymać figurę w ryzach. Pot... zaczynam się pocić mimo iż jestem nago. Czuję jak z czoła zaczynają mi spływać gorące krople i jedna zmierza w kierunku mojego nosa. Za chwilę widzę, kontem oka jak pierwsza kropla już wisi na jego czubku.
Dosyć! Wystarczy. Czas na prysznic.
Prysznic... Koniecznie i to już! Czuję jak cała się lepię po tych ćwiczeniach. Wchodzę... Pierwsza woda zimna... odskakuję... Już jest OK. Przyjemnie... Woda oplata moje ciało w każdym zakątku... Odchylam głowę i wystawiam buzię pod sam strumień wody... świetnie... Czuję jak woda uderza w moją twarz... lubię to.
Czas kończyć... woda... cholernie u nas droga... 29 zł za m3. Podobno jedna z najdroższych w kraju!.
Wycieram się i wychodzę... Nie ubieram się... Tak będzie wygodniej... Jest już bardzo ciepło...
Kuchnia, czyli śniadanie
Szybciutko zbiegam boso po drewnianych schodach na parter. Sypialnię mamy na piętrze. Pracuję też na piętrze. No czasami trzeba się nabiegać po schodach ale to dobre dla utrzymania formy jest :)
Teraz trzeba coś zjeść. Może i dzisiaj coś mi przygotował... szukam wzrokiem po blacie kuchennym jakiegoś dania albo jakiś kanapek. Nie ma... są tylko dwa ugotowane jaka na talerzyku i kuźwa... znowu wszędzie nakruszone !!! Nigdy się nie nauczy sprzątać po sobie nigdy... mówię Wam. Jak grochem o ścianę moje uwagi. Teraz to tymi meczami się zasłania, że niby się zawsze śpieszy bo do późna siedział... bo mecze...mecze... A co mnie obchodzą jakieś mecze do cholery!
Zapuszczam TV z wiadomościami aby nie wypaść ze świata żywych i robię sobie śniadanko. Jem sobie spokojnie i oglądam co tam w świecie i w kraju słychać. Kłócą się jak zwykle... ciągle się kłócą. Jedni to, drudzy tamto. Wojna, afery w szpitalu, afera z orderem, afera za aferą... kiepsko. Wyłączam... już wszystko wiem.
Pojadłam. Kanapki z masełkiem, jajeczko, majonezik, szczypiorek... mniam. Całe dwa kromale wciągnęłam :) Robię sobie kawusię i idę na górę do swojego pokoju gdzie pracuję i odpalam kompa.
Poranna kawa i 37 nowych wiadomości (z czego 25 dziwnych)
08:03.
Kawa jeszcze parzy w kubku, świat jeszcze wygląda na względnie normalny, a ja — pełna naiwnej wiary w ludzi — klikam „wiadomości”.
08:04.
37 nowych. Ale ja zawsze zaczynam od tej jednej i zawsze jej szukam... na czacie. I od kilku miesięcy ją znajduje. To zwykłe przywitanie ale w różnych formach. Raz... Dzień dobry, raz Heya, Miłego dnia, Miłej pracy, Udanego dnia czy zwykłe Hej i zawsze uśmieszek do tego. To jeden z użytkowników zawsze się wita przed pójściem do pracy. To bardzo miłe z jego strony i chciałam mu tutaj bardzo za to podziękować za tę uprzejmość i wytrwałość :)
08:05.
Wiara w ludzi właśnie wychodzi po angielsku.
Pierwsza wiadomość. Klasyk gatunku:
„Czy tu się naprawdę chodzi nago?”
Patrzę na nazwę strony. Patrzę na opis. Patrzę na zdjęcie w tle.
Zastanawiam się przez krótką chwilę, czy odpowiedzieć poważnie, czy jednak zapytać:
„Nie, to taka gra terenowa. Kto pierwszy się rozbierze, przegrywa.”
Druga wiadomość, jeszcze cieplejsza:
„Czy mogę przyjść i popatrzeć?”
I tu zawsze mam ochotę odpisać:
„Oczywiście. A my możemy patrzeć, jak Pan patrzy. Wszyscy będą patrzeć. To będzie bardzo… patrzące wydarzenie.”
Ale biorę łyk kawy. Oddycham. Jestem profesjonalistką.
Piszę grzecznie:
„Naturyzm to nie oglądanie innych, tylko bycie częścią społeczności.”
Kasuję.
Piszę krócej:
„Nie.”
08:11.
Kawa zaczyna smakować jak odpowiedzialność.
Trzecia wiadomość — perełka porannej kolekcji:
„Czy są jakieś ładne dziewczyny?” :)
Zawsze mnie fascynuje to „jakieś”.
Jakbyśmy prowadzili magazyn:
„Dzień dobry, dzisiaj na stanie dwie brunetki, jedna blondynka i promocja na naturalność.”
Mam ochotę odpisać:
„Są. Ale mają niezwykłą zdolność rozpoznawania takich pytań z odległości 500 metrów.”
Zamiast tego piszę:
„To nie jest miejsce do oceniania ludzi w ten sposób.”
Kasuję.
Piszę:
„To nie jest tego typu strona.”
08:18.
Przewijam dalej.
„Czy trzeba być nagim?”
„A jak jest zimno?”
„A czy można w ręczniku?”
„A czy ktoś sprawdza?”
Czuję, jak mój mózg powoli przechodzi w tryb automatycznych odpowiedzi, coś pomiędzy FAQ a terapią grupową.
08:26.
Docieram do wiadomości, która brzmi zaskakująco normalnie:
„Cześć, dopiero zaczynam, trochę się stresuję. Czy to jest w ogóle dla mnie?”
I nagle… cisza.
Bez ironii. Bez sarkazmu.
Uśmiecham się do ekranu.
Odpisuję:
„Jasne. Każdy kiedyś zaczynał. Spokojnie :)”
08:30.
Kawa już zimna.
Skrzynka prawie ogarnięta.
Wiara w ludzi… w wersji demonstracyjnej, ale nadal działa.
I tylko gdzieś z tyłu głowy wiem jedno:
To dopiero poranek.
Moderacja zdjęć, czyli czy to jeszcze naturyzm, czy już casting do filmu dla dorosłych
09:12.
Kawa numer dwa. Tym razem mocniejsza — doświadczenie nauczyło mnie, że przede mną najtrudniejszy etap dnia: moderacja zdjęć.
Klikam „zgłoszenia”.
I wchodzę do świata, w którym granica między „naturalnie” a „naprawdę?” jest cienka jak filtr z Instagrama.
Pierwsze zdjęcie.
Światło miękkie, kompozycja przemyślana, ciało pokazane subtelnie, bez epatowania.
Myślę: o, sztuka.
Czuję się przez chwilę jak kurator galerii.
Drugie zdjęcie.
„Janusz na tle pralki”.
Dosłownie.
Łazienka.
Kafelki z 2003 roku.
W rogu proszek do prania.
I Janusz, który patrzy w obiektyw z dumą człowieka, który właśnie powiedział: „Halina, cyknij mi jedno”.
Patrzę na ekran.
Ekran patrzy na mnie.
Zastanawiam się, czy to jeszcze naturyzm, czy już dokument socjologiczny.
09:18.
Kolejne zgłoszenie.
Opis:
„To jest naturalne, proszę nie usuwać!!!”
Z trzema wykrzyknikami.
Zawsze trzema.
Klikam.
I tu zaczyna się ten moment, kiedy w mojej głowie odzywa się wewnętrzny głos:
„To będzie trudna rozmowa.”
Bo naturyzm to naturalność, owszem.
Ale gdzieś po drodze istnieje jeszcze coś takiego jak kontekst, intencja i… zdrowy rozsądek.
Nie wszystko, co jest „naturalne”, nadaje się do publikacji.
Oddychanie też jest naturalne, a jednak nikt nie wrzuca zdjęć „jak oddycha na kanapie”.
09:25.
Przewijam dalej.
Zdjęcia dzielą się na kilka kategorii:
- „Artystyczne i przemyślane”
- „Chciałem dobrze, wyszło jak wyszło”
- „Nie wiem, co się tu wydarzyło”
- oraz moja ulubiona: „Na pewno to przejdzie”
I właśnie ta ostatnia daje najwięcej emocji.
09:31.
Trafiam na zgłoszenie, które ktoś oznaczył jako „nieodpowiednie”.
Otwieram.
I przez chwilę nie wiem, czy bardziej podziwiać odwagę autora, czy kreatywność w ignorowaniu zasad.
Westchnienie.
Piszę odpowiedź w głowie:
„Dziękujemy za przesłanie. Niestety, to nie wpisuje się w charakter naszej społeczności.”
Kasuję.
Piszę bardziej ludzką wersję:
„To nie jest kierunek, w którym chcemy iść.”
Kasuję.
Zostawiam najprostszą:
„Zdjęcie zostało usunięte.”
09:40.
Czasem mam wrażenie, że jestem czymś pomiędzy nauczycielką, psychologiem a strażnikiem granicy, której nikt nie chce widzieć, dopóki jej nie przekroczy.
Bo moderacja to nie tylko „usuń” albo „zostaw”.
To ciągłe odpowiadanie na pytanie:
gdzie kończy się swoboda, a zaczyna coś, co już nią nie jest?
09:47.
Na koniec trafiam na zdjęcie zwyczajne.
Para ludzi nad jeziorem.
Uśmiechnięci.
Bez pozy, bez napięcia, bez potrzeby udowadniania czegokolwiek.
Patrzę na nie chwilę dłużej.
I myślę:
o, właśnie o to chodzi.
09:50.
Zamykam panel.
Biorę łyk kawy.
I tylko gdzieś z tyłu głowy pojawia się myśl:
„Ciekawe, co czeka w następnej kolejce…” :)
Komentarze pod postami i zdjęciami — safari bez wychodzenia z domu
11:07.
Kawa numer trzy. Ale słabiutka już :)
To już nie jest napój. To jest styl życia.
Otwieram komentarze pod najnowszym postem.
I w tym momencie wchodzę do miejsca, które śmiało można nazwać:
internetowym rezerwatem dzikich osobowości.
Nie trzeba wyjeżdżać na safari.
Wystarczy scroll.
11:09.
Pierwszy pojawia się Filozof.
Zawsze punktualny. Zawsze gotowy.
„Czym jest nagość, jeśli nie powrotem do pierwotnej prawdy o człowieku, który w swej istocie…”
Czytam.
Czytam dalej.
Po trzecim zdaniu nie jestem już pewna, czy to komentarz, czy wstęp do pracy doktorskiej.
Ktoś odpowiada: „XD”.
I w tym momencie cała metafizyka spotyka się z rzeczywistością.
11:14.
Pojawia się Podrywacz.
On nie czyta posta.
On czyta… zdjęcie.
„Hej, śliczna, może priv? :)”
Zawsze z tym samym emoji.
Zawsze z tą samą nadzieją.
Zawsze z tym samym efektem.
Zastanawiam się czasem, czy oni wierzą, że to działa, czy to już bardziej rytuał niż strategia.
Mam ochotę odpisać:
„To nie Tinder, tylko społeczność.”
Nie odpisuję.
Czasem cisza mówi więcej.
11:19.
Na scenę wchodzi Samozwańczy Ekspert od Wszystkiego.
„Ja to się znam. Prawdziwy naturyzm to był kiedyś. Teraz to już nie to samo. Powinniście…”
I tu zaczyna się lista:
- jak powinna wyglądać strona
- jak powinni zachowywać się ludzie
- jak powinien działać świat
Człowiek orkiestra.
Jednoosobowa komisja do spraw wszystkiego.
Czytam i mam wrażenie, że jeśli dam mu jeszcze pięć minut, to zaproponuje nową konstytucję.
11:26.
I nagle… ciszę przecina Oburzony Moralista.
On nie wchodzi.
On wkracza.
„Co to w ogóle ma być?! Gdzie są wartości?! Kto na to pozwala?!”
Zawsze dużo znaków zapytania.
Zawsze dużo emocji.
Zawsze zero chęci zrozumienia.
Najbardziej fascynujące jest to, że… sam tu przyszedł.
Nikt go nie zapraszał.
Ale jest. I cierpi. Głośno.
11:32.
Scrolluję dalej i czuję się trochę jak dokumentalistka:
„Tu widzimy Podrywacza w jego naturalnym środowisku. Próbuje zwrócić na siebie uwagę. Niestety, bez powodzenia.”
„Obok — Filozof. Nadal pisze. Możliwe, że nigdy nie skończy.”
11:38.
I nagle trafia się komentarz prosty:
„Fajne miejsce. Dzięki za to.”
I przez chwilę całe to safari zatrzymuje się.
Bez hałasu.
Bez popisu.
Bez potrzeby bycia najgłośniejszym.
11:40.
Zamykam sekcję komentarzy.
Przetrwałam.
Kawa się skończyła.
Cierpliwość — na granicy.
Ale jedno wiem na pewno:
Jutro wrócę tu znowu.
Bo gdzie indziej znajdę taką różnorodność gatunków? :)
Niespodziewana wizyta czyli tłumaczenie światu, że naturyzm to nie to, co im się wydaje
13:02.
Kawa numer czte... Nie... tym razem herbata ziołowa :)
Niespodziewana wizyta mojej mamy ze swoim przyjacielem i rozmowa w kuchni.
„A Ty dalej prowadzisz tę stronę…?” — pada pytanie, które zawsze zaczyna się niewinnie, a kończy… różnie.
„Tak” — odpowiadam spokojnie, już czując, że za chwilę wejdziemy na teren, gdzie logika robi sobie wolne.
Chwila ciszy.
Spojrzenia.
I w końcu to jedno, nieśmiertelne:
„Czy wy tam naprawdę…?” :)
To „naprawdę” zawsze zawiera wszystko.
Wątpliwości, domysły, scenariusze rodem z późnonocnej telewizji.
Patrzę na nich.
Na ich miny.
Na tę mieszankę ciekawości i lekkiego zawstydzenia.
I mam ochotę odpowiedzieć:
„Nie, to tylko taka gra RPG. Odblokowujemy kolejne poziomy nagości.”
Ale uśmiecham się tylko i mówię:
„Nie. To nie jest to, co myślisz.”
13:05.
I wtedy zaczyna się tłumaczenie.
Że naturyzm to nie pokaz.
Że to nie oglądanie.
Że to nie „atrakcja turystyczna”.
Widzę, jak próbują to poukładać w głowie.
Jakby ktoś właśnie powiedział im, że kawa może być bez kofeiny i… dalej jest kawą.
„Ale jak to? To po co?” — pada kolejne pytanie.
I tu zawsze jest ten moment zawieszenia.
Bo jak wytłumaczyć coś prostego w świecie, który wszystko komplikuje?
„Żeby być normalnie” — mówię w końcu.
13:09.
Mama patrzy podejrzliwie.
„Ale ludzie tak po prostu… chodzą?”
„Tak.”
„I nikt się nie patrzy?”
„Patrzy. Tak jak wszędzie. Tylko bez tej całej… historii w głowie.”
Cisza.
Czuję, że właśnie powiedziałam coś, co brzmi sensownie, ale jeszcze nie zdążyło się przebić.
13:12.
Znajomy mamy próbuje ratować sytuację żartem:
„No dobra, ale jakieś ładne dziewczyny są?” :)
Patrzę na niego tym spojrzeniem, które zna każda adminka po trzech kawach i pięćdziesięciu wiadomościach.
„Są. Ale to nie jest katalog.”
Śmiech.
Lekki. Trochę nerwowy.
13:15.
I nagle mówi ciszej:
„W sumie… to brzmi całkiem normalnie.”
I to jest ten moment, który lubię najbardziej.
Bez wielkich słów.
Bez przekonywania na siłę.
Po prostu coś „kliknęło”.
13:18.
Rozmowa schodzi na inne tematy.
Dolewają sobie kawy.
Opowiadają o swojej pracy kiedyś.
A ja siedzę i myślę, że najtrudniejsze w tej całej historii nie jest moderowanie, komentarze czy wiadomości.
Najtrudniejsze jest… odczarowywanie wyobrażeń.
13:22.
Bo ludzie nie widzą tego, czym naturyzm jest.
Widzą to, co im się wydaje.
A moja rola?
Czasem admina.
Czasem tłumacza.
A czasem… kogoś, kto po prostu mówi:
„Spokojnie. To naprawdę jest prostsze, niż myślisz.”
Dzień, w którym wszystko się wysypało
15:41.
Ten moment, kiedy robisz sobie „tylko szybką przerwę”.
15:42.
Telefon: ping.
15:43.
Telefon: ping ping ping ping ping.
15:44.
Patrzę na ekran.
Powiadomienia lecą szybciej niż moje poczucie kontroli nad życiem.
„Coś nie działa.”
„Strona padła?”
„Halo???”
„ADMIN!!!”
15:45.
Loguję się.
Albo próbuję.
Bo strona… nie istnieje.
Biała strona. Cisza. Pustka. Internetowy odpowiednik patrzenia w ścianę.
15:46.
Serwer: nie odpowiada.
Ja: zaczynam oddychać szybciej niż powinnam.
15:47.
Piszę do siebie w głowie:
„Spokojnie. To tylko chwilowe.”
15:48.
Telefon: ping ping ping ping ping ping ping.
Ktoś pisze:
„Czy to przez to, że ktoś wrzucił TO zdjęcie?”
Jakie zdjęcie.
Jakie TO zdjęcie.
15:49.
Odświeżam panel (który ładuje się w tempie z epoki modemów).
I nagle widzę.
Powiadomienia.
Zgłoszenia.
Alerty.
I wtedy uderza druga fala:
spam boty.
16:02.
Konta zakładane szybciej niż ja jestem w stanie mrugnąć.
Komentarze typu:
„CLICK HERE!!!”
„HOT NOW!!!”
„YOU WON’T BELIEVE!!!”
Nie uwierzę.
Naprawdę nie muszę.
16:05.
W międzyczasie dostaję screena.
To zdjęcie.
I to jest ten moment, kiedy kawa przestaje działać, a zaczyna działać adrenalina.
Bo ktoś wrzucił coś…
nazwijmy to delikatnie: nie do końca zgodnego z regulaminem.
A „nie do końca” oznacza, że regulamin właśnie siedzi w kącie i zastanawia się nad swoim sensem istnienia.
16:07.
Próbuję wejść w panel moderacji.
Ładuje się.
Ładuje się dalej.
Zastanawiam się, czy zdążę się zestarzeć, zanim zobaczę pulpit.
16:09.
W końcu jestem.
Klik.
Usuń.
Odśwież.
Klik.
Zablokuj.
Odśwież.
Klik.
Zastanów się nad swoim życiem.
Odśwież.
16:12.
Wiadomości prywatne eksplodują:
„Dlaczego to jeszcze wisi?!”
„Czy ktoś to widział?!”
„Co się dzieje z tą stroną?!”
Ja też bym chciała wiedzieć.
16:15.
W międzyczasie ktoś pisze:
„Spokojnie, to chyba chwilowa awaria :)”
Chcę znaleźć tę osobę.
Przytulić.
Albo dać dostęp do panelu.
16:18.
Serwer wraca.
Na chwilę.
Potem znika.
Potem wraca.
To nie awaria.
To emocjonalny rollercoaster.
16:23.
Spam opanowany.
Zdjęcie usunięte.
Kilka kont zniknęło z powierzchni internetu.
Ja siedzę.
Patrzę w ekran.
Czuję się jak po maratonie, którego nie planowałam biec.
16:30.
Powiadomienia zwalniają.
Ktoś pisze:
„Już działa, dzięki!”
Ktoś inny:
„Ale była akcja :)”
Ja:
milczę i patrzę w kubek, w którym nie ma już herbaty, ale jest historia.
16:35.
I wtedy dociera do mnie jedna rzecz:
W tej pracy nie ma „spokojnego dnia”.
Są tylko dni, w których jeszcze nie zdążyło się wszystko wysypać.
Albo takie, w których już się wysypało… i jakoś udało się to pozbierać :)
Randka, na której lepiej nie mówić, czym się zajmujesz
Czas na zakupy... weekend w końcu. Stary dzisiaj później wraca. Muszę sama. Jadę. Dino... mam blisko. Kupuje to i tamto. Kolejka przy kasie. Ktoś dotyka mojego ramienia... Zbyszek. Szeroki uśmiech... Postarzał się trochę ale uśmiech ten sam... szczery, serdeczny.
Zbyszek to mój kolega z podstawówki. Mieszka teraz w Szwecji. To moja jakby to powiedzieć... pierwsza miłość, bo z nim się pierwszy raz w życiu całowałam :)
Zaprasza na kawę.... Patrzę na zegarek. Ok... Stary później wraca... mam czas. Ale tylko na chwilę... mówię.
18:47.
Stolik przy oknie.
Świeczka.
Woda z cytryną, która udaje coś bardziej eleganckiego, niż jest.
Zapowiada się normalnie.
Naprawdę normalnie.
18:52.
Rozmowa płynie:
— czym się zajmujesz
— gdzie pracujesz
— co lubisz robić w wolnym czasie
Ja wiem, że ten moment nadejdzie.
Zawsze nadchodzi.
Pytanie, które brzmi niewinnie, a niesie w sobie potencjał… katastrofy społecznej:
„A Ty czym się zajmujesz?”
18:54.
W mojej głowie szybki przegląd opcji:
- „pracuję w internecie” (bezpieczne, ale podejrzane)
- „prowadzę społeczność” (brzmi jak MLM)
- „jestem adminką strony naturystycznej” (prawda… i test charakteru)
Patrzę na niego.
Decyduję się na szczerość.
„Prowadzę stronę naturystyczną.”
18:55.
Cisza.
Nie taka zwykła.
Taka, w której ktoś właśnie przelicza swoje życie na nowo.
18:56.
Pierwsza reakcja — zainteresowany, ale nie wie jak:
„Ooo… czyli… to znaczy… że…?”
I to „że” wisi w powietrzu jak niedokończone zdanie w wiadomości o 23:47.
Uśmiecham się:
„To znaczy, że to społeczność ludzi, którzy podchodzą normalnie do nagości.”
Kiwnięcie głowy.
Próba przetworzenia.
18:58.
Druga reakcja — nagły ekspert od wszystkiego:
„Aaa, wiem o co chodzi. Byłem kiedyś nad jeziorem i tam był taki gość…”
Oczywiście, że był.
Zawsze jest „taki gość”.
19:01.
Trzecia reakcja — podrywacz w trybie turbo:
„Czyli masz kontakt z… no wiesz… takimi osobami?” :)
Patrzę.
Długo.
Bez słów.
On się uśmiecha, jakby właśnie powiedział coś błyskotliwego.
Ja myślę:
to będzie krótka randka.
19:04.
Czwarta reakcja — moja ulubiona: lekki panik mode.
„Ale… to znaczy… Ty też…?”
I tu pojawia się moment, w którym człowiek nagle bardzo interesuje się zawartością swojego talerza.
„Tak” — mówię spokojnie.
19:06.
Cisza numer dwa.
Ale tym razem inna.
Bardziej… realna.
19:08.
I wtedy czasem dzieje się coś ciekawego.
„W sumie… to brzmi normalnie” — mówi.
I nagle wracamy do rozmowy.
Już bez napięcia.
Już bez tych wszystkich wyobrażeń.
19:12.
A czasem nie.
Czasem kończy się na:
„To ciekawe hobby…”
Czyli w tłumaczeniu: nie wiem, co z tym zrobić, więc zmieńmy temat.
19:20.
Kelner przynosi rachunek.
Patrzymy na siebie.
Uśmiech lekki, trochę niepewny.
19:22.
Wychodzę.
Świeże powietrze.
Telefon w kieszeni.
I myśl w głowie:
Może następnym razem powiem, że pracuję „w IT”.
19:23.
Ale potem się uśmiecham.
Bo prawda jest taka:
Jeśli ktoś nie jest w stanie ogarnąć jednego zdania o naturyzmie…
to i tak nie ogarnąłby całej reszty ?
Inbox o 23:47 — czyli kiedy zaczynają się najdziwniejsze pytania
23:47.
Ten moment, kiedy normalni ludzie już śpią…
a internet dopiero się rozkręca.
Leżę.
Telefon obok.
Mówię sobie: nie sprawdzaj.
23:48.
Sprawdzam.
Inbox: 12 nowych wiadomości.
Oczywiście.
23:49.
Pierwsza — jeszcze niewinna:
„Hej, mam pytanie…”
Zawsze się zaczyna od „mam pytanie”.
Nigdy nie kończy się na jednym.
Klikam.
23:50.
Druga wiadomość wjeżdża bez hamulców:
„Czy u Was można…?”
I tu następuje zdanie, które zaczyna się normalnie, a kończy w miejscu, gdzie regulamin robi facepalm.
Patrzę na ekran.
Mrugam.
Czytam jeszcze raz, żeby upewnić się, że dobrze widzę.
Widzę.
23:52.
Kolejna wiadomość — bardzo dziwna, nawet jak na standardy internetu:
„A czy jak ktoś jest naturystą tylko w domu, ale tylko w kuchni, to czy to się liczy?”
Siedzę.
Myślę.
Czy istnieje jakaś klasyfikacja „kuchenny naturysta — poziom podstawowy”?
23:55.
Następna — zupełnie nie na temat:
„Czy znacie dobry przepis na naleśniki?”
I tu przez chwilę mam wrażenie, że ktoś się pomylił strony…
albo właśnie znalazł najbardziej nietypowe forum kulinarne w Polsce.
00:02.
Wracamy do kategorii „odważne”:
„A czy tam ludzie to… no wiesz… tak po prostu…?”
Nie wiem.
Nigdy nie wiem, co dokładnie autor ma na myśli.
Ale zawsze wiem, że to nie jest pytanie o pogodę.
00:05.
Pojawia się klasyk nocnej zmiany:
„Nie chcę nikogo urazić, ale…”
I w tym momencie wiem, że ktoś właśnie szykuje zdanie, które zrobi dokładnie to.
00:08.
Czytam dalej.
Niektóre wiadomości są tak kreatywne, że zastanawiam się, czy to jeszcze pytania, czy już forma sztuki współczesnej.
Inne brzmią, jakby ktoś pisał je półprzytomny, jedną ręką, z bardzo odważnym pomysłem i zerowym filtrem.
00:12.
I nagle… trafia się wiadomość normalna:
„Cześć, trochę się wstydzę zapytać, ale chciałbym spróbować. Od czego zacząć?”
I wszystko na chwilę zwalnia.
Odpisuję spokojnie.
Bez ironii.
Bez żartów.
Bo za całym tym nocnym chaosem czasem naprawdę stoi ktoś, kto po prostu szuka odpowiedzi.
00:18.
Zamykam inbox.
Telefon odkładam ekranem do dołu, jakby to mogło powstrzymać kolejne wiadomości przed pojawieniem się.
00:19.
Ostatnia myśl przed snem:
Internet w dzień jest dziwny.
Ale internet w nocy…
to zupełnie inny poziom odwagi ?
Złote myśli użytkowników
00:41.
Teoretycznie już śpię.
Praktycznie — mój mózg nadal przegląda internet, nawet bez telefonu.
Bo jest coś, co zostaje w głowie na długo:
złote myśli użytkowników.
Takie zdania, które pojawiają się nagle…
i już nigdy nie wychodzą.
00:43.
Klasyk, który powinien być wydrukowany na koszulce:
„Jestem naturystą, ale tylko przy 30 stopniach.”
Czyli nie naturysta.
Tylko… sezonowy entuzjasta komfortu termicznego.
00:45.
Kolejny poziom refleksji egzystencjalnej:
„Czy można być trochę naturystą?”
To pytanie wraca częściej niż poniedziałki.
I zawsze mam ochotę odpowiedzieć:
„Tak. Tak samo jak można być trochę na basenie — jedną nogą.”
00:47.
Perełka z komentarzy:
„Ja nie mam nic przeciwko, ale…”
I tu zaczyna się zdanie, które ma bardzo dużo przeciwko.
00:49.
Z kategorii „organizacyjne”:
„A czy jak przyjdę ubrany, to ktoś mnie wyrzuci?”
Nie wiem, co bardziej mnie fascynuje — pytanie czy wizja „straży naturystycznej” czającej się za krzakami.
00:52.
Z kategorii „precyzyjne planowanie”:
„A od której godziny zaczyna się naturyzm?”
08:00–16:00, przerwa na obiad i po 18:00 tylko dla zaawansowanych.
00:55.
Z kategorii „logika własna”:
„Ja to jestem naturystą w środku.”
I tu zawsze mam chwilę zawieszenia.
Bo nie wiem, czy to filozofia, czy po prostu bardzo głęboka introspekcja.
00:58.
Z kategorii „szczerość 10/10”:
„Chciałbym spróbować, ale się boję, że wszyscy będą patrzeć.”
I to jest akurat… najbardziej prawdziwe zdanie z całej listy.
01:02.
Z kategorii „techniczne”:
„Czy trzeba się wcześniej zapisać, żeby być nagim?”
Tak. Formularz. Wniosek. Załączniki. Dwa zdjęcia paszportowe.
01:05.
Z kategorii „romantyczne nieporozumienia”:
„To dobre miejsce, żeby kogoś poznać?”
Tak.
Pod warunkiem, że nie szukasz tego, co myślisz, że szukasz.
01:08.
I moja ulubiona, absolutne złoto:
„Ja szanuję naturyzm, ale nie wiem, czy bym się odnalazł bez kieszeni.”
I tu kończy się dyskusja.
01:10.
Leżę i się uśmiecham.
Bo za tymi wszystkimi zdaniami jest coś więcej niż tylko humor.
Jest ciekawość.
Niepewność.
Próba zrozumienia czegoś, co na pierwszy rzut oka wydaje się… inne.
01:12.
A moja rola?
Czasem odpowiedzieć.
Czasem wytłumaczyć.
A czasem… po prostu zapamiętać.
Bo bez tych wszystkich „złotych myśli”
ten internet byłby zdecydowanie mniej… ludzki :)
Admin też człowiek — czyli kiedy masz ochotę zamknąć internet
07:00 (tak, znowu rano — bo to nigdy się tak naprawdę nie kończy).
Otwieram oczy.
Pierwsza myśl: kawa.
Druga: czy coś się wydarzyło, kiedy spałam?
To nie jest zdrowa relacja.
To jest związek z internetem.
08:02.
Powiadomienia: są.
Zawsze są.
I czasem trafia się taki dzień, kiedy już przy pierwszym scrollu czuję, że…
dzisiaj będzie ciężko.
08:07.
Komentarz pod postem:
„To wszystko nie ma sensu.”
Bez kontekstu.
Bez rozwinięcia.
Po prostu wrzucone jak kamień do wody.
Patrzę na to chwilę dłużej niż powinnam.
Bo nie chodzi o jedno zdanie.
Chodzi o moment, w którym zaczynasz się zastanawiać:
czy to, co robię, naprawdę ma sens?
08:12.
Kolejna wiadomość:
„Dlaczego usunęliście moje zdjęcie?! To były tylko akty !!!”
Trzy wykrzykniki.
Zawsze trzy.
Piszę odpowiedź.
Kasuję.
Piszę drugą.
Kasuję.
Zostawiam trzecią — spokojną, rzeczową, profesjonalną.
Ale gdzieś w środku mam ochotę napisać:
„Bo nie wszystko, co wrzucamy do internetu, musi tam zostać na zawsze.”
08:18.
Są też dni, kiedy wszystko jest „trochę za dużo”:
- trochę za dużo pytań
- trochę za dużo opinii
- trochę za dużo ludzi, którzy wiedzą lepiej
I wtedy pojawia się ta myśl:
„A może by tak… wyłączyć internet?”
Tak po prostu.
Klik.
Cisza.
08:23.
Ale potem dzieje się coś małego.
Wiadomość:
„Hej, dzięki za to, co robicie. Dzięki Wam odważyłem się pierwszy raz pójść na plażę. Było super.”
I nagle wszystko się zatrzymuje.
Bez ironii.
Bez dystansu.
08:26.
Czytam to jeszcze raz.
I przypominam sobie, że za tym wszystkim — komentarzami, zdjęciami, dziwnymi pytaniami — są ludzie.
Prawdziwi.
Tacy, którzy się stresują.
Tacy, którzy się wstydzą.
Tacy, którzy potrzebują trochę odwagi… i trochę wsparcia.
08:30.
I wtedy to ma sens.
Nie cały czas.
Nie zawsze łatwo.
Nie bez frustracji.
Ale ma.
08:33.
Zamykam na chwilę panel.
Patrzę przez okno.
Świat offline wygląda… spokojniej.
08:35.
Wracam.
Bo mimo wszystko wiem jedno:
Admin też człowiek.
Czasem ma ochotę zamknąć internet.
Ale częściej…
po prostu robi kolejną kawę i klika „odpowiedz” :)
Dlaczego mimo wszystko to kocham
21:12.
Kolejny dzień powoli się kończy.
Telefon w końcu milczy… albo ja już przestałam na niego reagować.
Siadam.
Bez pośpiechu.
Bez powiadomień.
I to jest ten moment, kiedy można na chwilę przestać być „adminką”…
i po prostu być człowiekiem.
21:15.
Myślę o tym wszystkim.
O porannych wiadomościach, które potrafią zabić kawę.
O zdjęciach, których nie da się odzobaczyć.
O komentarzach, które są jak safari bez biletu powrotnego.
I mogłabym powiedzieć, że to chaos.
Że to zmęczenie.
Że to ciągłe „gaszenie pożarów”.
Ale to nie byłaby cała prawda.
21:18.
Bo między tym wszystkim są rzeczy, które zostają dłużej.
Wiadomość od kogoś, kto napisał:
„Bałem się latami. Dzięki Wam spróbowałem. I wiesz co? To było… normalne.”
Zdjęcie zwykłych ludzi nad wodą.
Bez pozy. Bez napięcia. Po prostu razem.
Komentarz:
„Fajnie, że jesteście.”
Niby nic.
A jednak… wszystko.
21:22.
Są też ludzie.
Tacy, którzy wracają.
Tacy, którzy pomagają innym.
Tacy, którzy rozumieją bez tłumaczenia.
Społeczność, która — mimo różnic, dziwnych pytań i momentów chaosu —
potrafi być… zwyczajnie dobra.
21:25.
I nagle okazuje się, że ta strona to nie tylko miejsce w internecie.
To trochę przestrzeń, w której ludzie uczą się być bardziej… sobą.
Bez udawania.
Bez napięcia.
Bez tej całej historii, którą zwykle nosimy na sobie.
21:28.
Uśmiecham się.
Bo wiem, że jutro znowu będzie:
- ktoś, kto zapyta „czy trzeba być nagim?”
- ktoś, kto wrzuci coś „artystycznego inaczej”
- ktoś, kto napisze o 23:47 coś, czego nie da się przewidzieć
Ale będzie też ktoś, kto napisze:
"Dzień dobry" z uśmieszkiem albo „Dzięki.”
21:30.
I chyba właśnie dlatego to działa.
Nie dlatego, że jest idealnie.
Nie dlatego, że jest łatwo.
Tylko dlatego, że jest prawdziwie.
21:32.
Gaszę światło.
I ostatnia myśl na dziś:
Mimo wszystko…
naprawdę to lubię.
A może nawet trochę więcej niż lubię :)
Epilog
No i to by było na tyle bo resztę zjadły motyle :) Jak sami widzicie, zaczęłam inaczej a potem zaczęłam pisać jeszcze inaczej. Po napisaniu wstępu stwierdziłam, że chyba piszę to w zbyt intymny sposób i przeszłam do skupienia się bardziej na tym co tutaj robię.
Dzisiaj jednak stwierdziłam, że uzupełnię ten wpis abyście mogli pouzupełniać sobie widoczne luki w godzinach które opisuję powyżej.
W te luki czasowe możecie sobie wstawić śmiało to że: Poza opiekowaniem się tej strony, codziennie gotuję obiadokolację gdzieś w okolicach godziny 15, bo Stary wraca zawsze po 18. Robię też pranie i sprzątam chałupę od czasu do czasu. Mam dosyć spory ogród i wszystko co mi potrzeba. Ogórki, pomidory, rzodkiewkę, sałatę, szczypior, cebulę, koper, buraczki, pietruszkę, marchewkę... Jest tego sporo i tutaj też spędzam sporo czasu. No... kwiaty... mam mnóstwo kwiatów... Uwielbiam je :)
Sad... No może nie sad ale wszystkie podstawowe owoce też mamy.... Jabłka, gruszki, śliwki, wiśnie, morele, brzoskwinie, borówki, maliny... no i czereśnie... Wielkie drzewo czereśniowe.... Teraz jest wysyp.... Mniam :) No ale jak czereśnie to też walka, że szpakami i Celina lata teraz i klaszcze jak głupia koło tego drzewa :) No ale coś za coś....
Kiedyś może pokuszę się aby pokazać Wam mój cały ogród... Zobaczymy.
Co jeszcze. Że piorę, gotuję, prasuję, uprawiam ogród już pisałam.... No... ciosam też kołki Staremu na głowie jak trzeba, mam fochy od czasu do czasu, kłócę się czasami o swoje i potrafię się rozpychać łokciami mimo, że jestem małych rozmiarów :)
Sport. Uwielbiam ruch i to w każdej postaci a najlepiej to rower, rower i jeszcze raz rower. Razem lubimy się "katować" na rowerach, na tych w plenerze i na tych stacjonarnych dlatego chyba oboje jesteśmy chudzielce :) Mamy za sobą bardzo dużo wypraw rowerowych a jedną z najfajniejszych była ta gdzie przez całe wakacje zjechaliśmy całe wybrzeże Od Świnoujścia po Hel, odwiedzając napotkane plaże naturystyczne.
Jaki mam charakter? No... Staram się być miła i wyrozumiała... Lubię żartować i to ze wszystkiego. Chyba też ugodowa jestem ale też szybko się obrażam ale na chwilę tylko i można mnie szybko udobruchać :) Nie lubię jak ktoś mnie olewa nawet w najdrobniejszych sprawach. Jak mi ktoś zajdzie za skórę to jestem pamiętliwa bardzo. Generalnie doceniam ludzi, którzy potrafią trzymać ze mną sztamę :)
Aaaa... No i latam oczywiście na miotle :)
Pozdrawiam
-
- · Bakłażanki
- ·
super
-
- · Daruch
- ·
No i wystygła mi kawa... Niedziela i sam w domu to brak obowiązków. Ten przeklęty Internet... Zaczytałem się i zapomniałem o kawie. Może wcale jej nie potrzebuję? No i jeszcze zaczął padać deszcz... To nowa kawa i dalej czytanie...