·   ·  73 wpisów
  •  ·  58 znajomych
  • 79 obserwujących

Ile w naturystach jest ekshibicjonizmu?

Czy nagie zdjęcie zawsze oznacza naturyzm? A może czasami za nagością kryje się po prostu potrzeba bycia zauważonym, podziwianym, a nawet oglądanym? Pytanie nie jest wcale tak proste, jak mogłoby się wydawać. Szczególnie kiedy prowadzi się społeczność naturystyczną i obserwuje, z jakimi oczekiwaniami niektórzy ludzie pojawiają się w niej po raz pierwszy. Jedno zdjęcie potrafi być początkiem ciekawej rozmowy. Czasami pokazuje, że ktoś po prostu jeszcze nie rozumie, czym właściwie jest naturyzm. Innym razem reakcja na zwrócenie uwagi mówi znacznie więcej niż samo zdjęcie. Gdzie więc przebiega granica między naturalną radością z własnego ciała a potrzebą jego eksponowania? Czy naturysta może lubić być oglądany? Czy można jednocześnie czuć się dobrze nago i mieć w sobie odrobinę ekshibicjonizmu? I wreszcie — czy naturyzm polega na tym, że pokazujemy swoje ciało, czy może właśnie na tym, że przestajemy czuć potrzebę jego pokazywania? O tym właśnie będzie ten felieton.

Zacznijmy od obserwacji z życia strony

Ten temat nie wziął się u mnie z książek, artykułów czy internetowych dyskusji. Wziął się z czegoś znacznie prostszego — z codziennego prowadzenia naszej strony.

Od czasu do czasu rejestruje się nowa osoba. Nic niezwykłego. Nowy profil, kilka podstawowych informacji, czasami zdjęcie profilowe. I właśnie to zdjęcie potrafi powiedzieć nam całkiem sporo o tym, z czym dana osoba właściwie do nas przyszła.

Zdarza się, że pierwszym działaniem nowego użytkownika jest dodanie bardzo odważnego, nagiego zdjęcia. I nie mam tutaj na myśli zwyczajnego zdjęcia z plaży, ogrodu czy wakacji, na którym ktoś po prostu jest nagi. Mam na myśli fotografie, w których cała uwaga została skupiona na ciele. Odpowiednia poza, odpowiedni kadr, odpowiednie ujęcie — wszystko wyraźnie podporządkowane temu, żeby pokazać swoje ciało odbiorcy.

Czasami jest to wręcz demonstracyjne.

I wtedy jako administracja musimy zrobić coś, co może wydawać się trochę paradoksalne: tłumaczymy nowej osobie, że owszem, jesteśmy stroną dla naturystów i nagość jest u nas czymś zupełnie normalnym, ale nie każda forma pokazywania nagości jest tym samym, co naturyzm.

Nie robimy tego po to, żeby komuś powiedzieć: „Twoje ciało jest niewłaściwe” albo „nie wolno Ci być nago”. Wręcz przeciwnie. Chodzi o coś zupełnie innego — o przypomnienie, że tworzymy określoną społeczność, która ma swoją kulturę, zasady i sposób patrzenia na nagość.

I wtedy zaczyna się robić naprawdę ciekawie.

Bo reakcje są różne.

Jedna osoba odpowiada mniej więcej: „Rozumiem, nie wiedziałam/em, że tutaj o to chodzi”. Przyjmuje wyjaśnienie, zmienia sposób korzystania ze strony i zostaje. Być może po prostu wcześniej nie wiedziała, gdzie właściwie trafiła.

Ale czasami reakcja jest zupełnie inna.

Ktoś po takim wyjaśnieniu dochodzi do wniosku, że skoro nie może prezentować się dokładnie tak, jak chce, to ta społeczność nie jest dla niego. I konto znika.

I właśnie w takich sytuacjach zaczynam się zastanawiać: co właściwie przyciągnęło tę osobę na stronę?

Czy rzeczywiście zainteresował ją naturyzm?

Czy szukała ludzi, dla których nagość jest czymś naturalnym?

Czy chciała znaleźć miejsce, w którym można swobodnie rozmawiać, poznawać innych, dzielić się doświadczeniami i zdjęciami bez skrępowania?

A może najważniejsza była sama możliwość pokazania się nago i otrzymania reakcji od innych?

Oczywiście nie możemy tego wiedzieć na pewno. Nie da się przecież zajrzeć człowiekowi do głowy na podstawie jednego zdjęcia. Bardzo odważna fotografia nie czyni automatycznie z nikogo ekshibicjonisty.

Ale kiedy podobne sytuacje zaczynają się powtarzać, trudno nie zauważyć pewnego zjawiska.

Niektórzy ludzie przychodzą do naturystycznej społeczności dla naturyzmu. Inni przychodzą przede wszystkim dla nagości.

A to, wbrew pozorom, nie zawsze jest dokładnie tym samym.

I właśnie tutaj zaczyna się moje pytanie, które stało się powodem napisania tego tekstu:

Ile właściwie jest ekshibicjonizmu w naturystach?

A może jeszcze bardziej przewrotnie:

Czy każdy, kto chce być oglądany nago, jest jeszcze naturystą — czy w pewnym momencie zaczyna chodzić już o coś zupełnie innego?

Czym właściwie jest naturyzm?

Zanim zaczniemy zastanawiać się, ile w naturyście może być ekshibicjonizmu, warto najpierw odpowiedzieć sobie na znacznie bardziej podstawowe pytanie: czym właściwie jest naturyzm?

Bo mam wrażenie, że właśnie tutaj zaczyna się całe zamieszanie.

Samo bycie nago jeszcze nie czyni z człowieka naturysty. Można przecież rozebrać się w domu, pod prysznicem, na plaży, podczas sesji zdjęciowej czy z zupełnie innych powodów. Nagość jest tylko stanem, w jakim znajduje się nasze ciało. Naturyzm jest natomiast czymś znacznie szerszym — pewnym sposobem patrzenia na nagość, własne ciało i ciała innych ludzi.

Dla mnie naturyzm zaczyna się wtedy, kiedy nagość przestaje być czymś niezwykłym.

Nie trzeba jej specjalnie podkreślać. Nie trzeba jej tłumaczyć. Nie trzeba za każdym razem zastanawiać się, kto na nas patrzy i co sobie pomyśli. Można po prostu być nago — tak samo naturalnie, jak można być ubranym.

I właśnie ta zwyczajność jest chyba jednym z najważniejszych elementów naturyzmu.

Naturysta nie musi być człowiekiem, który przez cały czas zachwyca się własnym ciałem. Nie musi też uważać, że jego ciało jest idealne. Wręcz przeciwnie — naturyzm może być piękną drogą do zaakceptowania siebie takim, jakim się jest. Z brzuchem, którego nie udało się zgubić. Z bliznami. Z rozstępami. Z siwymi włosami. Z piersią, która po latach nie wygląda już tak jak kiedyś. Z każdym tym drobiazgiem, który ubranie pozwala nam czasami ukryć przed światem.

Nagość może powiedzieć: „To jestem ja. Nie muszę niczego udawać.”

Ale ta akceptacja działa również w drugą stronę.

Jeżeli uczymy się akceptować własne ciało, powinniśmy również nauczyć się akceptować ciała innych. Różne. Młode i stare. Szczupłe i większe. Wysportowane i całkowicie niewysportowane. Zdrowe, zmęczone życiem, naznaczone upływem czasu.

I właśnie dlatego naturyzm nie powinien sprowadzać się do oglądania nagich ciał.

Bo kiedy człowiek zaczyna patrzeć na innych przede wszystkim przez pryzmat ich nagości, coś zaczyna się zmieniać. Zamiast zwyczajnego człowieka widzi „nagą kobietę”, „nagiego mężczyznę”, „ładne ciało”, „ciekawe ciało”. Nagość przestaje być tłem, a zaczyna być głównym wydarzeniem.

A przecież w naturyzmie chodzi trochę o coś odwrotnego.

Nagość ma przestać być wydarzeniem.

Możemy rozmawiać, śmiać się, pić kawę, spacerować, odpoczywać, gotować obiad czy siedzieć przy ognisku. I możemy robić to nago. Ale nie musimy przy tym przez cały czas pamiętać, że jesteśmy nadzy.

To trochę jak z ubraniem. Kiedy jesteśmy ubrani, raczej nie prowadzimy całego życia z myślą: „Mam dzisiaj na sobie koszulkę i spodnie”. Po prostu je mamy. Są częścią sytuacji, ale nie są jej głównym tematem.

W naturyzmie nagość może pełnić podobną funkcję.

Dlatego tak ważne jest dla mnie jedno zdanie:

Naturysta może być nagi, ale nie musi „grać nagością”.

Nie musi jej demonstrować. Nie musi jej eksponować. Nie musi prowokować nią innych. Nie musi robić z własnego ciała przedstawienia.

Może po prostu być.

I być może właśnie tutaj znajduje się jedna z pierwszych granic, które będziemy musieli za chwilę dokładniej obejrzeć. Bo skoro naturyzm nie polega wyłącznie na byciu nagim, to pojawia się pytanie:

co dzieje się wtedy, kiedy sama nagość zaczyna być dla człowieka ważniejsza niż wszystko, co miało się za nią kryć?

A czym właściwie jest ekshibicjonizm?

Skoro wiemy już mniej więcej, czym jest naturyzm, pora na drugą stronę naszego pytania. Czym właściwie jest ekshibicjonizm?

I tutaj od razu warto postawić pewną granicę, żeby nie wpaść w pułapkę łatwego oceniania ludzi.

Nie będziemy przecież diagnozować osób na podstawie jednego zdjęcia, sposobu pozowania czy kilku zachowań w internecie. Nie jesteśmy terapeutami, nie znamy historii tych ludzi, ich motywacji ani tego, co naprawdę dzieje się w ich głowach. A już z całą pewnością administrator serwisu nie powinien rozdawać diagnoz psychologicznych na prawo i lewo.

Słowo „ekshibicjonizm” ma bowiem swoje konkretne znaczenie kliniczne. W psychiatrii odnosi się do zaburzenia związanego z uzyskiwaniem pobudzenia seksualnego poprzez eksponowanie swoich genitaliów osobom, które nie wyraziły na to zgody. To zdecydowanie coś więcej niż zwykłe lubienie nagości czy chęć pokazania swojego ciała.

I dlatego w tym felietonie nie będę używać słowa „ekshibicjonista” jako etykietki dla każdego, kto publikuje odważne nagie zdjęcie.

To byłoby zwyczajnie niesprawiedliwe.

Kiedy mówię tutaj o ekshibicjonizmie, interesuje mnie przede wszystkim jego potoczne znaczenie — pewien sposób zachowania, w którym eksponowanie własnego ciała staje się głównym celem, a reakcja odbiorcy zaczyna mieć szczególne znaczenie.

I tutaj różnica robi się naprawdę interesująca.

Można przecież zrobić nagie zdjęcie, ponieważ podoba nam się światło, miejsce, atmosfera albo po prostu chcemy zachować wspomnienie. Możemy też lubić swoje ciało i cieszyć się, kiedy ktoś powie: „Świetnie wyglądasz”. Możemy nawet świadomie pokazać więcej siebie, bo jesteśmy dumni z tego, jak wyglądamy.

To wszystko samo w sobie nie oznacza ekshibicjonizmu.

Problem zaczyna się dopiero wtedy, kiedy samo pokazywanie staje się najważniejszym elementem całej sytuacji.

Kiedy nie chodzi już o przeżycie, wspomnienie, rozmowę czy zwyczajną obecność wśród innych ludzi, lecz przede wszystkim o to, żeby ktoś zobaczył.

Żeby ktoś zareagował.

Żeby ktoś skomentował.

Żeby ktoś zachwycił się naszym ciałem.

A czasami — żeby ktoś poczuł coś więcej.

I właśnie dlatego nie każda osoba, która lubi pokazywać swoje ciało, jest ekshibicjonistą. Można być osobą bardzo otwartą na nagość, można lubić fotografie własnego ciała i można czerpać satysfakcję z pozytywnych reakcji innych ludzi, nie przekraczając przy tym żadnej granicy.

Ale działa też druga strona tego zdania:

nie każda osoba pokazująca nagie ciało robi to z powodów naturystycznych.

To chyba najważniejsze rozróżnienie.

Bo dwóch ludzi może zrobić niemal identyczne zdjęcie. Oboje są nadzy. Oboje stoją przed aparatem. Oboje publikują fotografię w internecie.

A jednak motywacja może być zupełnie inna.

Pierwsza osoba może myśleć:

„Jestem naturystą. Tak wyglądam i nie widzę powodu, żeby się tego wstydzić.”

Druga:

„Chcę, żeby inni mnie oglądali.”

Z zewnątrz możemy zobaczyć dokładnie tę samą nagość.

W środku mogą to być jednak dwa zupełnie różne światy.

I właśnie dlatego w przypadku naszej strony nie interesuje mnie tak naprawdę to, czy ktoś jest „ekshibicjonistą”.

Znacznie bardziej interesuje mnie pytanie:

po co właściwie pokazujemy swoje ciało?

Bo być może odpowiedź na to pytanie mówi o nas znacznie więcej niż samo zdjęcie.

Gdzie zaczyna się różnica?

I chyba właśnie tutaj dochodzimy do najciekawszego miejsca całej naszej rozmowy.

Bo jeżeli sama nagość nie jest jeszcze naturyzmem, a nagie zdjęcie nie jest automatycznie ekshibicjonizmem, to gdzie właściwie znajduje się granica?

Czy da się ją zobaczyć na fotografii?

Czy można ją określić na podstawie pozy, kadru, uśmiechu albo tego, ile ciała pokazujemy?

Myślę, że nie.

Granica bardzo często znajduje się nie w tym, co robimy, ale w tym, dlaczego to robimy.

Można to sprowadzić do dwóch bardzo prostych zdań:

„Jestem nagi, bo tak mi dobrze.”

I:

„Jestem nagi, bo chcę, żebyście na mnie patrzyli.”

Na pierwszy rzut oka oba zdania dotyczą dokładnie tego samego — człowiek jest nagi i inni mogą go zobaczyć. A jednak różnica pomiędzy nimi jest ogromna.

W pierwszym przypadku nagość jest czymś naturalnym. Człowiek po prostu dobrze się z nią czuje. Nie potrzebuje specjalnego powodu, żeby się rozebrać, ale też nie potrzebuje publiczności, która będzie tę nagość podziwiać.

Może ktoś zobaczy. Może nie zobaczy.

I właściwie nie ma to większego znaczenia.

W drugim przypadku obecność odbiorcy zaczyna być bardzo ważna. Nagość nie jest już tylko stanem, w którym znajduje się człowiek. Staje się komunikatem skierowanym do innych.

„Popatrzcie na mnie.”

„Zobaczcie moje ciało.”

„Zobaczcie, jak wyglądam.”

„Zareagujcie.”

I nie twierdzę, że samo pragnienie zainteresowania innych jest czymś złym. Przecież niemal każdy człowiek lubi czasami usłyszeć komplement. Każdemu może być miło, kiedy ktoś doceni jego wygląd. To zupełnie ludzkie.

Pytanie brzmi raczej:

co jest tutaj najważniejsze?

Czy najważniejsze jest to, że ja dobrze czuję się ze swoim ciałem, a reakcja innych jest tylko miłym dodatkiem?

Czy może najważniejsza jest właśnie reakcja innych, a nagość jest sposobem, żeby ją wywołać?

To subtelna różnica, ale moim zdaniem niezwykle istotna.

I dlatego nie chciałabym, żebyśmy zaczęli oceniać ludzi wyłącznie na podstawie zdjęć. Jedna fotografia naprawdę może bardzo łatwo nas oszukać.

Ktoś może zrobić bardzo odważne zdjęcie, ponieważ po prostu dobrze czuje się ze swoim ciałem.

Ktoś inny może opublikować pozornie zupełnie niewinne zdjęcie, ale robić to wyłącznie po to, żeby wywołać określone reakcje.

Zdjęcie nie zna naszych intencji.

Dlatego trzeba patrzeć szerzej.

Liczy się kontekst.

Liczy się sposób zachowania.

Liczy się to, jak dana osoba rozmawia z innymi.

Liczy się to, czy potrafi uszanować granice innych ludzi.

I wreszcie bardzo dużo mówi reakcja na zasady społeczności.

Bo wyobraźmy sobie dwie osoby, które wrzuciły dokładnie takie samo, bardzo odważne zdjęcie.

Pierwszej tłumaczymy: „U nas staramy się, aby nagość nie była seksualizowana ani ostentacyjnie eksponowana”.

Odpowiada:

„Rozumiem. Nie wiedziałam. Dziękuję za wyjaśnienie.”

I zostaje.

Druga reaguje:

„Ale skoro nie mogę pokazywać się tak, jak chcę, to po co mi taka strona?”

I odchodzi.

Czy obie osoby miały takie same intencje?

Tego oczywiście nie możemy wiedzieć na pewno.

Ale ich reakcje zaczynają nam coś podpowiadać.

Bo naturyzm zakłada przecież współistnienie z innymi. A skoro jesteśmy w społeczności, to nasze własne prawo do swobodnego bycia nago spotyka się z prawem innych osób do komfortu, prywatności i własnych granic.

I być może właśnie tutaj przebiega jedna z najważniejszych granic:

naturysta może lubić być nagi, ale niekoniecznie potrzebuje widowni.

Natomiast osoba, dla której najważniejsze jest to, żeby inni patrzyli, reagowali i komentowali jej nagość, może kierować się już zupełnie inną potrzebą.

Nie oznacza to jeszcze, że możemy ją nazwać ekshibicjonistą.

Ale może oznaczać, że jej motywacja niekoniecznie ma wiele wspólnego z naturyzmem.

I dlatego zamiast pytać:

„Czy to zdjęcie jest zbyt nagie?”

chyba powinniśmy czasami zadać zupełnie inne pytanie:

„Po co właściwie zostało zrobione?”

Czy naturysta może lubić być oglądany?

No dobrze. Skoro już zaczęliśmy rozdzielać naturyzm od potrzeby eksponowania własnego ciała, pora wejść na trochę bardziej niewygodny grunt.

Czy naturysta może po prostu lubić być oglądany?

Moim zdaniem — oczywiście, że może.

I właściwie dlaczego miałoby być inaczej?

Przecież większość z nas lubi komplementy. Miło jest usłyszeć, że dobrze wyglądamy, że mamy ładny uśmiech, ciekawą fryzurę czy zgrabną sylwetkę. Nagość nie sprawia przecież, że nagle przestajemy być ludźmi i przestają działać na nas zwyczajne ludzkie emocje.

Możemy być dumni ze swojego ciała.

Możemy lubić patrzeć na własne zdjęcia.

Możemy zrobić fotografię, na której podoba nam się sposób, w jaki wyglądamy, i zwyczajnie mieć ochotę się nią podzielić.

Możemy również poczuć przyjemność, kiedy ktoś napisze:

„Ale świetnie wyglądasz!”

I nie ma w tym nic złego.

Wręcz przeciwnie. Dla wielu osób naturyzm jest przecież związany właśnie z odzyskaniem dobrego kontaktu z własnym ciałem. Z zaakceptowaniem go, polubieniem, a czasami nawet z odzyskaniem dumy z niego po latach kompleksów.

Trudno więc oczekiwać, że człowiek, który wreszcie zaakceptował swoje ciało, będzie udawał, że wcale go nie lubi.

Nie widzę też niczego złego w tym, że ktoś lubi być atrakcyjny.

Naturysta nadal może być kobietą, która wie, że jest seksowna.

Może być mężczyzną, który dobrze czuje się ze swoim wyglądem.

Może lubić zdjęcia, na których wygląda korzystnie.

Może nawet lubić świadomość, że inni ludzie również to zauważają.

Czy to automatycznie odbiera mu naturystyczny charakter?

Nie.

Zdecydowanie nie.

Wydaje mi się, że problem nie zaczyna się w momencie, kiedy podoba nam się, że ktoś na nas patrzy.

Problem zaczyna się wtedy, kiedy potrzebujemy, żeby ktoś na nas patrzył.

To tylko jedno słowo różnicy — „podoba się” kontra „potrzebuję” — ale może za nim kryć się ogromna różnica.

Jeżeli ktoś powie:

„Lubię, kiedy ktoś docenia moje ciało.”

— nie widzę w tym niczego niepokojącego.

Ale jeżeli ktoś zaczyna myśleć:

„Muszę się pokazać, bo inaczej nikt nie zwróci na mnie uwagi.”

albo:

„Jeżeli nie mogę tutaj eksponować swojego ciała, to nie mam po co tu być.”

— wtedy warto już zatrzymać się na chwilę i zastanowić, co właściwie jest najważniejsze.

Bo naturyzm nie wymaga od nas rezygnacji z własnej atrakcyjności. Nie każe nam udawać, że nie zależy nam na wyglądzie. Nie zabrania cieszyć się komplementem.

Ale dobrze byłoby, gdyby potrzeba bycia oglądanym nie stała się ważniejsza niż sama społeczność, relacje z ludźmi i naturalność nagości.

Można więc powiedzieć:

„Lubię, kiedy na mnie patrzysz” — i nadal być naturystą.

Ale jeśli zaczyna się pojawiać:

„Potrzebuję, żebyś na mnie patrzył”

— wtedy wchodzimy już na znacznie bardziej śliski grunt.

I właśnie ta różnica wydaje mi się bardzo ważna.

Bo człowiek może być dumny ze swojego ciała, może lubić je fotografować, może cieszyć się zainteresowaniem i może nawet lubić odrobinę tego przyjemnego uczucia, kiedy ktoś spojrzy na niego z uznaniem.

Naturyzm nie polega przecież na tym, żeby przestać być atrakcyjnym człowiekiem.

Polega raczej na tym, żeby atrakcyjność własnego ciała nie stała się jedynym powodem, dla którego chcemy być nago.

I może właśnie tutaj zaczyna się prawdziwa granica:

Czy pokazuję swoje ciało, bo dobrze się z nim czuję — czy dobrze się z nim czuję dopiero wtedy, kiedy ktoś chce je oglądać?

Internet dodatkowo komplikuje sprawę

I tutaj dochodzimy do miejsca, w którym cały temat robi się jeszcze bardziej skomplikowany. Bo czym innym jest nagość w prawdziwym świecie, a czym innym nagość w internecie.

Na naturystycznej plaży po prostu jesteśmy.

Jest słońce, piasek, woda, rozmowy, spacer, książka, kawa, dzieci bawiące się obok, ktoś rozkłada ręcznik, ktoś inny idzie popływać. Nagość jest częścią całej sytuacji, ale nie musi być jej głównym bohaterem.

Nikt przecież nie chodzi przez cały dzień i nie myśli:

„Jestem nagi. Wszyscy widzą, że jestem nagi. Ale jestem nagi!”

Po pewnym czasie po prostu przestajemy zwracać na to uwagę.

Internet działa jednak zupełnie inaczej.

Tutaj nie wystarczy być nago. Trzeba jeszcze zdecydować, jak chcemy się pokazać.

A to już bardzo dużo zmienia.

Robimy zdjęcie.

Patrzymy na nie.

Nie podoba nam się.

Robimy następne.

Zmieniamy miejsce.

Poprawiamy światło.

Zmieniamy pozę.

Przesuwamy aparat.

Wybieramy kadr.

A później spośród kilkunastu, kilkudziesięciu albo nawet kilkuset fotografii wybieramy tę jedną, która naszym zdaniem najlepiej nas przedstawia.

I dopiero wtedy pokazujemy ją innym.

To oznacza, że internet daje nam ogromną możliwość kreowania własnego wizerunku.

Nie pokazujemy już po prostu siebie w jakiejś przypadkowej sytuacji.

Pokazujemy wybraną wersję siebie.

Oczywiście nie ma w tym nic złego. Wszyscy to robimy. Kiedy wybieramy zdjęcie profilowe, również wybieramy takie, na którym wyglądamy najlepiej. Problem zaczyna się dopiero wtedy, kiedy w przypadku nagości cała konstrukcja zdjęcia zostaje podporządkowana jednemu celowi: maksymalnemu zwróceniu uwagi na ciało.

I wtedy pojawia się bardzo ciekawe rozróżnienie.

Można po prostu „być nago”.

Ale można też „produkować nagość dla odbiorcy”.

To drugie określenie może brzmieć trochę ostro, ale dobrze pokazuje różnicę.

Bo jeżeli ktoś jest nago na plaży, w ogrodzie czy podczas zwyczajnego spotkania z innymi naturystami, jego nagość jest częścią rzeczywistości.

Natomiast kiedy przygotowujemy fotografię specjalnie po to, żeby inni ją oglądali, mamy już do czynienia z komunikatem.

I ten komunikat może być całkowicie niewinny:

„Tak wygląda moje życie. Jestem naturystą i dobrze się z tym czuję.”

Ale może też brzmieć:

„Popatrzcie na mnie.”

I znów — nie zawsze da się rozpoznać, który z tych komunikatów ktoś chciał przekazać.

Dlatego tak bardzo nie lubię oceniania ludzi na podstawie jednego zdjęcia.

Fotografia może być bardzo odważna, a jej autor może mieć całkowicie naturalne podejście do nagości.

Z kolei fotografia pozornie spokojna może być elementem świadomego budowania seksualnego wizerunku.

Nie zawsze chodzi o to, ile ciała pokazujemy. Czasami ważniejsze jest to, w jaki sposób je pokazujemy i po co.

Internet ma jeszcze jedną cechę, której nie ma naturystyczna plaża.

Zdjęcie może zostać obejrzane przez setki, tysiące, a czasami nawet znacznie więcej osób. Możemy otrzymać komentarze, polubienia, wiadomości i komplementy.

A to może działać jak bardzo skuteczna nagroda.

Pokazuję ciało → ktoś reaguje → czuję się dobrze → chcę pokazać kolejne zdjęcie.

I tutaj bardzo łatwo można niepostrzeżenie przesunąć granicę.

Nie dlatego, że nagle przestaliśmy być naturystami.

Po prostu reakcja innych zaczyna dostarczać nam więcej satysfakcji niż sama nagość.

A wtedy warto zadać sobie pytanie, które przewija się przez cały ten felieton:

Czy nadal chodzi o naturyzm, czy już przede wszystkim o publiczność?

Dlatego nagie zdjęcie zamieszczone w naturystycznej społeczności nie musi mieć dokładnie tego samego znaczenia co nagość na naturystycznej plaży.

Na plaży możemy po prostu być nago.

W internecie możemy natomiast zdecydować, jaką historię o naszej nagości chcemy opowiedzieć innym.

I właśnie dlatego internet tak bardzo komplikuje odpowiedź na pytanie, ile właściwie ekshibicjonizmu może być w naturyście.

Dlaczego niektórzy przychodzą tutaj z zupełnie innymi oczekiwaniami?

Im dłużej obserwuję ludzi pojawiających się w naturystycznej społeczności, tym bardziej dochodzę do wniosku, że nie każdy, kto trafia na taką stronę, przychodzi tutaj z tego samego powodu.

I właściwie trudno się temu dziwić.

Dla jednej osoby naturyzm może oznaczać wolność i akceptację własnego ciała. Dla innej będzie czymś, o czym dopiero zaczyna czytać. Jeszcze ktoś inny może po prostu być ciekawy, jak wygląda świat ludzi, którzy nie mają problemu z nagością.

A jeszcze ktoś może pomyśleć:

„Tutaj ludzie są nadzy. Tutaj chyba będę mógł/mogła pokazać siebie.”

I już na samym początku pojawia się ogromna różnica w oczekiwaniach.

Motywacji może być naprawdę wiele.

Ciekawość

Czasami ktoś zwyczajnie chce zobaczyć, jak to wszystko wygląda.

Może nigdy wcześniej nie miał kontaktu z naturyzmem. Może zna go tylko z opowieści albo internetu. Może słyszał, że naturyści spotykają się nago, i postanowił sprawdzić, czym właściwie jest ta społeczność.

Taka osoba może popełnić na początku jakieś gafy. Może wrzucić zbyt odważne zdjęcie. Może nie znać zasad.

I niekoniecznie oznacza to złe intencje.

Być może po prostu nikt jej wcześniej nie wyjaśnił, gdzie trafiła.

Potrzeba akceptacji

To kolejna bardzo ludzka potrzeba.

Ktoś przez całe życie miał kompleksy. Wstydził się brzucha, piersi, blizn, rozstępów czy swojego wyglądu.

A później trafia do miejsca, gdzie ludzie pokazują swoje ciała bez ubrań i bez większego skrępowania.

I nagle pojawia się myśl:

„Może tutaj wreszcie nikt nie będzie mnie oceniał?”

Taka osoba może bardzo potrzebować pozytywnego sygnału od innych. Może publikować zdjęcia nie dlatego, że chce się popisywać, ale dlatego, że po raz pierwszy od dawna chce sprawdzić, czy może być zaakceptowana taka, jaka jest.

To zupełnie inna historia.

Chęć poznania podobnych ludzi

Niektórzy przychodzą przede wszystkim po ludzi.

Chcą porozmawiać z kimś, kto rozumie ich podejście do nagości. Chcą znaleźć znajomych. Być może szukają osób, z którymi kiedyś wybiorą się na plażę naturystyczną albo po prostu pogadają przy kawie.

Dla nich nagie zdjęcie może być tylko jednym z elementów przedstawienia siebie.

Zainteresowanie naturyzmem

Są też osoby, które naprawdę chcą zacząć swoją przygodę z naturyzmem.

Być może pierwszy raz rozebrały się publicznie. Być może dopiero zastanawiają się, czy chciałyby pojechać na plażę naturystyczną.

I tutaj internetowa społeczność może być dla nich czymś bardzo ważnym.

Mogą zadawać pytania, obserwować innych, zdobywać wiedzę i stopniowo oswajać się z czymś, co wcześniej wydawało im się bardzo trudne.

Fascynacja nagością

No i dochodzimy do bardziej skomplikowanego obszaru.

Ktoś może być po prostu zafascynowany nagością.

To jeszcze nie musi oznaczać nic złego.

Nagość jest dla wielu ludzi czymś niezwykłym, właśnie dlatego, że przez większość życia funkcjonujemy w ubraniach. Ciekawość ludzkiego ciała jest czymś naturalnym.

Problem może pojawić się dopiero wtedy, kiedy fascynacja nagością zaczyna wypierać wszystko inne.

Kiedy człowiek nie interesuje się już naturyzmem, społecznością ani relacjami z ludźmi.

Interesują go przede wszystkim nagie ciała.

Poszukiwanie uwagi

Niektórzy ludzie zwyczajnie lubią być zauważani.

I znowu — nie ma w tym automatycznie niczego złego.

Każdemu z nas jest czasami miło, kiedy ktoś nas zauważy. Komplement potrafi poprawić humor. Pozytywna reakcja innych może podbudować pewność siebie.

Ale jeżeli głównym powodem obecności na stronie staje się zdobywanie uwagi, wtedy sytuacja zaczyna wyglądać inaczej.

Bo można zacząć publikować nie po to, żeby dzielić się swoim naturystycznym życiem, ale po to, żeby zdobywać reakcje.

Potrzeba pokazania własnego ciała

To jeszcze jeden krok dalej.

Niektórzy ludzie naprawdę lubią się pokazywać.

Mogą być dumni ze swojego ciała. Mogą uważać je za atrakcyjne. Mogą lubić fotografię i wiedzieć, że dobrze wychodzą na zdjęciach.

I znowu — samo to nie jest przecież żadnym przestępstwem.

Pytanie brzmi tylko:

czy pokazanie własnego ciała jest dodatkiem do naturyzmu, czy naturyzm jest dodatkiem do pokazywania własnego ciała?

To niby niewielka różnica w słowach, ale ogromna w znaczeniu.

A czasami motywacja może być seksualna

I tego również nie ma sensu udawać.

Internet jest internetem.

Nie każdy, kto trafia na stronę związaną z nagością, będzie zainteresowany naturyzmem w takim znaczeniu, w jakim rozumie go nasza społeczność.

Dla części osób nagość będzie po prostu kojarzyła się przede wszystkim z seksualnością.

I właśnie dlatego mogą pojawiać się zdjęcia, zachowania albo kontakty, które dla naturysty będą wyglądały zupełnie inaczej niż dla osoby, która szuka przede wszystkim seksualnych wrażeń.

Tutaj granice muszą być już szczególnie jasne.

Ale nawet w takim przypadku nie jestem zwolenniczką automatycznego wrzucania wszystkich do jednego worka.

Bo człowiek, który jeszcze nie rozumie naturyzmu, niekoniecznie jest człowiekiem, który chce go świadomie niszczyć.

Czasami po prostu trafił w niewłaściwe miejsce z niewłaściwymi oczekiwaniami.

I być może właśnie dlatego tak ważne jest pierwsze wyjaśnienie.

Zamiast od razu powiedzieć:

„Jesteś ekshibicjonistą, wynoś się.”

można czasami powiedzieć:

„Hej, spokojnie. Tutaj chodzi trochę o coś innego.”

I wtedy wydarza się coś bardzo ciekawego.

Jedni mówią:

„Aha… teraz rozumiem.”

I zostają.

Inni odpowiadają:

„To jednak nie jest miejsce dla mnie.”

I odchodzą.

I właściwie obie reakcje są w porządku.

Bo zadaniem społeczności nie jest przecież przekonać każdego człowieka, żeby został.

Chodzi raczej o to, żeby każdy, kto zostaje, wiedział, po co właściwie tutaj jest.

A to pozwala nam przejść do kolejnego, bardzo ważnego pytania:

co tak naprawdę mówi o człowieku jego reakcja wtedy, kiedy ktoś zwróci mu uwagę na granice?

Czasami reakcja mówi więcej niż samo zdjęcie

I chyba właśnie tutaj dochodzimy do jednego z najciekawszych elementów całej układanki.

Wyobraźmy sobie dwie osoby.

Obie właśnie się zarejestrowały. Obie wrzuciły bardzo odważne, nagie zdjęcie. Obie być może nieco przesadziły z tym, co na naszej stronie uznajemy za odpowiedni sposób prezentowania nagości.

Z punktu widzenia samego zdjęcia — sytuacja wygląda właściwie identycznie.

A jednak później może wydarzyć się coś, co powie nam o tych dwóch osobach znacznie więcej niż fotografia.

Do pierwszej piszemy:

„Hej, witaj na stronie. Tylko małe wyjaśnienie — u nas chodzi o naturyzm, a nie o ostentacyjne eksponowanie ciała. Warto zapoznać się z naszymi zasadami.”

I otrzymujemy odpowiedź:

„OK, rozumiem. Nie wiedziałam/em, o co tutaj chodzi.”

I wszystko załatwione.

Taka osoba być może po prostu nie znała naszej społeczności. Być może nigdzie wcześniej nie spotkała się z takim podejściem do nagości. Być może uznała, że skoro jest to strona naturystyczna, to każde nagie zdjęcie będzie mile widziane.

Dostaje informację, rozumie ją i dostosowuje się do zasad.

I dla mnie to jest całkowicie normalna sytuacja.

Nie każdy przecież rodzi się z instrukcją obsługi naturyzmu pod pachą. 😉

Czasami wystarczy zwyczajnie powiedzieć człowiekowi, gdzie trafił i jak działa ta społeczność.

Ale wyobraźmy sobie drugą osobę.

Dostaje dokładnie takie samo wyjaśnienie.

I odpowiada:

„Skoro nie mogę pokazywać się tak, jak chcę, to po co mi ta strona?”

A chwilę później konto znika.

I tutaj robi się naprawdę interesująco.

Bo przecież obie osoby miały dokładnie takie samo zdjęcie.

Zdjęcie samo w sobie nie powiedziało nam, która z nich przyszła tutaj z ciekawości, a która przede wszystkim po to, żeby się eksponować.

Dopiero reakcja na granicę zaczęła coś nam pokazywać.

Oczywiście nie możemy na tej podstawie postawić żadnej diagnozy. Nie możemy powiedzieć:

„Pierwszy jest naturystą, a drugi ekshibicjonistą”.

To byłoby zdecydowanie zbyt daleko idące.

Możemy natomiast zauważyć różnicę w motywacji i oczekiwaniach.

Pierwsza osoba usłyszała:

„U nas obowiązują takie zasady.”

I pomyślała:

„OK. To dowiem się, jak działa ta społeczność.”

Druga usłyszała dokładnie to samo, ale pomyślała:

„Ta społeczność ogranicza mi możliwość pokazywania siebie.”

I być może właśnie tutaj znajduje się coś bardzo istotnego.

Dla pierwszej osoby zasady są częścią społeczności.

Dla drugiej zasady są przeszkodą w realizowaniu własnego celu.

To ogromna różnica.

I dlatego z perspektywy administratora czasami reakcja na zwrócenie uwagi jest znacznie bardziej interesująca niż samo przewinienie.

Bo każdy może się pomylić.

Każdy może nie znać zasad.

Każdy może pomyśleć:

„Skoro to strona naturystyczna, to mogę tutaj wrzucić dowolne nagie zdjęcie.”

I naprawdę nie widzę w tym niczego strasznego, jeśli po wyjaśnieniu człowiek potrafi powiedzieć:

„Rozumiem. Dzięki za informację.”

Wręcz przeciwnie — właśnie w taki sposób ktoś może nauczyć się, czym różni się naturystyczna społeczność od zwykłego miejsca w internecie, gdzie ludzie po prostu publikują swoje nagie zdjęcia.

Natomiast jeżeli ktoś od początku traktuje możliwość eksponowania własnego ciała jako podstawowy powód istnienia tutaj, każda próba postawienia granicy może być dla niego problemem.

I wtedy pojawia się pytanie:

czy ta osoba rzeczywiście szukała naturystycznej społeczności, czy raczej miejsca, w którym jej nagość będzie miała publiczność?

To oczywiście nadal tylko pytanie, nie wyrok.

Bo człowiek może odejść z wielu powodów. Może nie zgadzać się z naszymi zasadami. Może mieć inne wyobrażenie o naturyzmie. Może zwyczajnie uznać, że nasza społeczność nie jest dla niego.

I ma do tego pełne prawo.

My również mamy jednak prawo powiedzieć:

„To jest nasze miejsce i tak właśnie chcemy, żeby ono wyglądało.”

I chyba właśnie o to chodzi w każdej społeczności.

Nie o to, żeby wszystkim się podobać.

Tylko o to, żeby osoby, które zostają, rozumiały i szanowały zasady, które tę społeczność tworzą.

Dlatego czasami jedno krótkie „OK, rozumiem” mówi o człowieku więcej niż najbardziej efektowne nagie zdjęcie.

Bo zdjęcie pokazuje nam ciało.

A reakcja na granicę może pokazać nam coś znacznie ważniejszego:

stosunek do innych ludzi.

Czy administracja ma prawo powiedzieć: „to nie jest miejsce na takie zachowanie”?

Tak.

I chociaż odpowiedź wydaje się banalnie prosta, w internecie wcale nie zawsze jest oczywista.

Każda społeczność ma przecież jakieś zasady. Jedne są bardzo szczegółowe, inne pozostawiają więcej swobody, ale trudno sobie wyobrazić miejsce, w którym można zrobić absolutnie wszystko i oczekiwać, że wszyscy pozostali będą musieli to zaakceptować.

Społeczność naturystyczna również ma prawo określić, jak chce funkcjonować.

I nie chodzi tutaj o zakazywanie ludziom nagości. Wręcz przeciwnie — nagość jest przecież jednym z fundamentów tego, czym się zajmujemy.

Ale właśnie dlatego warto rozróżnić dwie rzeczy:

„Nagość jest u nas dozwolona”

oraz

„Wszystko, co można zrobić nago, jest u nas dozwolone”.

To zdecydowanie nie jest to samo.

Jeżeli ktoś przychodzi na naszą stronę, powinien mieć możliwość bycia nago bez wstydu i bez obawy, że ktoś będzie go za samą nagość oceniał.

Ale jednocześnie pozostali użytkownicy mają dokładnie takie samo prawo do tego, żeby nie być bombardowanymi zachowaniami, które odbierają jako ostentacyjne, seksualizujące czy zwyczajnie niepasujące do charakteru naszej społeczności.

To trochę tak, jak z plażą naturystyczną.

Fakt, że na plaży można być nago, nie oznacza przecież, że wszystko, co można zrobić nago, automatycznie staje się zachowaniem naturystycznym.

Można siedzieć na ręczniku.

Można pływać.

Można spacerować.

Można czytać książkę.

Można rozmawiać.

Można grać w piłkę.

Można robić zdjęcia krajobrazu.

Ale można też zrobić rzeczy, które na tej samej plaży byłyby zupełnie nie na miejscu.

Nagość nie jest magicznym zaklęciem, które zmienia każde zachowanie w naturyzm.

I dokładnie tak samo działa społeczność internetowa.

To, że pozwalamy na nagie zdjęcia, nie oznacza, że musimy akceptować każdą możliwą formę ich prezentowania.

Bo przecież zdjęcie również może mieć kontekst.

Może być zwyczajnym zdjęciem z naturystycznego życia.

Może pokazywać człowieka odpoczywającego na plaży.

Może być pamiątką z wakacji.

Może być pięknym portretem.

Ale może też być fotografią skonstruowaną przede wszystkim po to, żeby maksymalnie wyeksponować określone części ciała i wywołać konkretną reakcję odbiorcy.

I w tym momencie administracja ma pełne prawo powiedzieć:

„Nie chodzi o to, że jesteś nago. Chodzi o sposób, w jaki tę nagość prezentujesz.”

To bardzo ważne rozróżnienie.

Bo gdybyśmy uznali, że skoro jesteśmy społecznością naturystyczną, to każda forma nagości musi być akceptowana, szybko przestalibyśmy być społecznością opartą na określonej idei, a stalibyśmy się po prostu miejscem, gdzie można publikować nagie treści.

A to jednak dwie różne rzeczy.

I chyba właśnie tutaj administracja ma szczególnie ważną rolę.

Nie po to, żeby być „policją od nagości”.

Nie po to, żeby mówić ludziom, jak mają wyglądać.

Nie po to, żeby decydować, które ciało jest wystarczająco naturalne, a które już nie.

Tylko po to, żeby pilnować charakteru miejsca, które wspólnie tworzymy.

Bo zasady nie są przecież wymierzone przeciwko użytkownikom.

Mają chronić również tych, którzy już tutaj są.

Tę osobę, która dopiero zaczyna swoją przygodę z naturyzmem i trochę nieśmiało dodaje pierwsze zdjęcie.

Tę kobietę, która po latach kompleksów wreszcie odważyła się pokazać swoje ciało.

Tego mężczyznę, który znalazł tutaj ludzi podobnych do siebie.

I wszystkich tych, którzy po prostu chcą mieć miejsce, w którym nagość jest czymś zwyczajnym, a nie nieustannym przedstawieniem.

Dlatego uważam, że administracja nie tylko ma prawo powiedzieć:

„To nie jest miejsce na takie zachowanie.”

Czasami ma wręcz obowiązek to powiedzieć.

Bo jeżeli tego nie zrobimy, granice zaczynają się przesuwać.

Najpierw pojawia się jedno bardzo odważne zdjęcie.

Potem kolejne.

Później ktoś stwierdza: „Skoro tamto przeszło, to moje też powinno”.

I nagle okazuje się, że społeczność, która miała być miejscem dla naturystów, zaczyna przyciągać zupełnie inne osoby.

A wtedy możemy obudzić się w miejscu, w którym nagość nadal jest dozwolona, ale naturyzmu zaczyna być coraz mniej.

I chyba właśnie tego powinniśmy pilnować najbardziej.

Czy zbyt ostentacyjne zachowania szkodzą naturyzmowi?

Moim zdaniem — tak. I chyba właśnie dlatego ten temat jest znacznie ważniejszy, niż mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać.

Można przecież powiedzieć:

„Co komu przeszkadza jedno nagie zdjęcie? Przecież to strona dla naturystów.”

Tylko że problemem nie jest jedno zdjęcie.

Problemem jest to, jaki obraz całej społeczności zaczyna powstawać, kiedy takich zachowań pojawia się coraz więcej.

Bo wystarczy spojrzeć na naturyzm oczami osoby z zewnątrz.

Ktoś słyszy: „społeczność naturystyczna”.

Wchodzi.

Widzi nagie osoby.

To jeszcze nic dziwnego.

Ale jeżeli większość prezentowanych treści jest bardzo odważna, mocno pozowana, nastawiona na eksponowanie ciała, a do tego pojawiają się komentarze i zachowania wyraźnie seksualizujące nagość, bardzo łatwo może dojść do prostego wniosku:

„Aha. Czyli naturyzm to po prostu seks i pokazywanie ciała.”

I właśnie z takim stereotypem naturyzm od lat musi się mierzyć.

Tymczasem dla wielu naturystów nagość ma przecież zupełnie inne znaczenie.

Nie chodzi o seksualność.

Nie chodzi o uwodzenie.

Nie chodzi o zdobywanie zainteresowania.

Chodzi o swobodę, akceptację własnego ciała, kontakt z naturą, odpoczynek i możliwość przebywania z innymi bez niepotrzebnych barier.

Jeżeli więc sami zaczynamy przedstawiać naturyzm przede wszystkim poprzez ostentacyjne eksponowanie ciała, możemy — nawet zupełnie nieświadomie — wzmacniać dokładnie ten stereotyp, z którym próbujemy walczyć.

Ale jest jeszcze druga strona tego problemu.

Dyskomfort innych naturystów.

Bo to, że ktoś dobrze czuje się z własną nagością, nie oznacza automatycznie, że wszyscy wokół muszą czuć się dobrze z każdą formą jej prezentowania.

Wyobraźmy sobie osobę, która dopiero zaczyna swoją przygodę z naturyzmem.

Może przez kilka lat miała kompleksy.

Może pierwszy raz odważyła się wejść na naturystyczną plażę.

Może długo zastanawiała się, czy ktoś będzie się na nią patrzył.

W końcu trafia do społeczności internetowej, która miała być dla niej miejscem bezpiecznym i przyjaznym.

A tam widzi przede wszystkim bardzo odważne, seksualizowane albo wręcz demonstracyjne zdjęcia.

Co może pomyśleć?

„Chyba jednak nie pasuję do tego świata.”

I może odejść, zanim w ogóle zdąży odkryć, czym naprawdę jest naturyzm.

To szczególnie istotne w przypadku kobiet.

Nie dlatego, że kobiety są „bardziej pruderyjne”. Absolutnie nie.

Po prostu kobieta, która dopiero oswaja się z publiczną nagością, może mieć dodatkową obawę:

„Czy tutaj naprawdę chodzi o naturyzm, czy za chwilę ktoś zacznie mnie traktować jak obiekt do oglądania?”

I jeżeli społeczność zaczyna wyglądać jak miejsce wzajemnego eksponowania ciał, taka obawa może być całkowicie zrozumiała.

A przecież zależy nam na czymś zupełnie przeciwnym.

Chcemy, żeby osoba wchodząca tutaj po raz pierwszy mogła pomyśleć:

„Tutaj mogę być sobą.”

A nie:

„Tutaj muszę wyglądać odpowiednio, żeby ktoś mnie zaakceptował.”

Dlatego granice są potrzebne.

Nie po to, żeby odebrać ludziom wolność.

Właśnie po to, żeby wolność jednej osoby nie odbierała komfortu drugiej.

To bardzo ważna zasada każdej społeczności.

Możemy pozwolić ludziom być nago.

Możemy pozwolić im cieszyć się własnym ciałem.

Możemy pozwolić im publikować zdjęcia.

Ale jednocześnie możemy powiedzieć:

„Nie chcemy, żeby nasza społeczność zamieniła się w miejsce, w którym nagość służy przede wszystkim wzajemnemu eksponowaniu się.”

I nie ma w tym sprzeczności.

Wręcz przeciwnie.

To właśnie dzięki takim granicom naturyzm może zachować swój charakter.

Bo jeżeli wszystko zaczniemy nazywać naturyzmem tylko dlatego, że odbywa się nago, w pewnym momencie samo słowo „naturyzm” przestanie cokolwiek znaczyć.

A tego chyba nie chcemy.

Chcemy przecież, żeby osoba, która pierwszy raz trafia do naszej społeczności, widziała nie tylko nagie ciała.

Żeby zobaczyła ludzi.

Ludzi różnych, niedoskonałych, czasami nieśmiałych, czasami bardzo pewnych siebie.

Ludzi, którzy potrafią się śmiać, rozmawiać, pomagać sobie i zwyczajnie być razem.

Bo właśnie wtedy nagość przestaje być sensacją.

I zaczyna być tym, czym w naturyzmie powinna być od początku:

zwyczajną częścią życia.

Ale nie popadnijmy w drugą skrajność

Skoro tak dużo mówimy o granicach, ostentacyjnym eksponowaniu ciała i potrzebie bycia oglądanym, łatwo byłoby w pewnym momencie przesadzić w drugą stronę.

A tego również bym nie chciała.

Bo nie możemy przecież dojść do absurdalnego wniosku, że każde atrakcyjne zdjęcie nagiej osoby jest podejrzane.

Nie.

Naturyzm nie wymaga od nas, żebyśmy przestali zauważać własną atrakcyjność.

Nie musimy nagle udawać, że nasze ciało jest zupełnie obojętne estetycznie. Nie musimy patrzeć w lustro i mówić:

„Jestem naturystą, więc nie wolno mi uważać, że dobrze wyglądam.”

Wręcz przeciwnie.

Można być atrakcyjnym i być naturystą.

Można lubić swoje ciało.

Można być z niego dumnym.

Można zrobić piękne zdjęcie.

Można zadbać o światło, kadr, tło czy kompozycję.

Można spojrzeć później na fotografię i pomyśleć:

„Kurczę, naprawdę dobrze tutaj wyglądam.”

I nie ma w tym absolutnie nic złego.

Tak samo nie widzę problemu w tym, że komuś miło robi się po przeczytaniu komentarza:

„Pięknie wyglądasz.”

Przecież naturysta nie przestaje być człowiekiem tylko dlatego, że zdjął ubranie.

Nadal ma emocje.

Nadal potrzebuje akceptacji.

Nadal może lubić pochwały.

Nadal może mieć próżność.

Nadal może być dumny ze swojego wyglądu.

I całe szczęście.

Bo naturyzm nie jest przecież konkursem na najbardziej obojętnego człowieka świata. 😉

Nie chodzi o to, żebyśmy wszyscy stali się jednakowo „naturalni”, pozbawieni jakiejkolwiek troski o wygląd i udawali, że atrakcyjność nie istnieje.

Atrakcyjność istnieje.

Ludzie są atrakcyjni.

Ciała są różne i niektóre zwyczajnie bardziej nam się podobają niż inne.

Możemy to zauważać.

Możemy nawet o tym mówić — oczywiście z zachowaniem kultury i szacunku.

Problem zaczyna się dopiero wtedy, kiedy atrakcyjność staje się głównym celem całej naszej obecności w społeczności.

To znowu jest ta subtelna granica, o której piszemy od początku.

Możemy opublikować piękne nagie zdjęcie, ponieważ jesteśmy dumni ze swojego ciała.

Ale możemy też publikować kolejne i kolejne zdjęcia przede wszystkim po to, żeby zdobywać uwagę, komplementy i zainteresowanie.

Z zewnątrz oba zachowania mogą wyglądać bardzo podobnie.

Różnica znajduje się gdzie indziej.

W proporcjach.

Jeżeli ktoś jest naturystą, lubi swoje ciało, czasami robi piękne zdjęcia i cieszy się komplementami — naprawdę nie widzę w tym problemu.

Jeżeli jednak każda aktywność na stronie zaczyna sprowadzać się do:

„Zobaczcie mnie.”

„Popatrzcie na mnie.”

„Powiedzcie, że jestem atrakcyjny.”

„Dlaczego moje zdjęcie ma tylko dziesięć lajków?”

— wtedy możemy już zacząć się zastanawiać, czy nie zgubiliśmy gdzieś po drodze tego, po co właściwie przyszliśmy.

Dlatego nie chciałabym, żeby ten felieton stał się polowaniem na „podejrzane” nagie zdjęcia.

Nie chciałabym też, żebyśmy zaczęli patrzeć na każdą atrakcyjną osobę i zastanawiać się:

„Czy ona przypadkiem nie jest ekshibicjonistką?”

Bo byłoby to równie niesprawiedliwe, jak wrzucanie wszystkich naturystów do jednego worka z osobami, które szukają wyłącznie seksualnych wrażeń.

Potrzebujemy tutaj trochę zdrowego rozsądku.

I chyba również odrobiny dystansu.

Naturysta nie musi być ponury, zakompleksiony i „przeźroczysty”.

Może być piękny.

Może być seksowny.

Może być pewny siebie.

Może wiedzieć, że podoba się innym.

Może lubić, kiedy ktoś to zauważa.

Może zrobić świetne zdjęcie swojego nagiego ciała i z przyjemnością je opublikować.

I nadal być stuprocentowym naturystą.

Bo naturyzm nie wymaga udawania, że ciało jest całkowicie pozbawione atrakcyjności.

Wymaga raczej czegoś znacznie prostszego:

żeby atrakcyjność nie była jedynym powodem, dla którego chcemy je pokazywać.

Gdzie więc postawić granicę?

No dobrze. Przeszliśmy już przez naturyzm, ekshibicjonizm, internet, motywacje, nagie zdjęcia, reakcje na zasady i niebezpieczeństwo popadania w skrajności.

Ale nadal pozostaje najważniejsze pytanie:

Gdzie właściwie postawić granicę?

I chyba właśnie tutaj nie znajdziemy jednej, uniwersalnej odpowiedzi.

Bo granica nie zawsze przebiega w konkretnym miejscu na fotografii. Nie zależy od tego, czy widać więcej czy mniej. Nie można jej wyznaczyć linijką ani regulaminowym wzorem:

„Do tego miejsca jest naturyzm, a od tego miejsca zaczyna się ekshibicjonizm”.

To byłoby zbyt proste.

Granica znacznie częściej przebiega w naszych intencjach.

Dlatego zamiast oceniać innych, można czasami zadać pytanie samemu sobie.

Co chcę pokazać — siebie czy swoje ciało?

Niby podobne pytanie, a jednak różnica jest ogromna.

Jeżeli publikuję zdjęcie, na którym jestem nago, ale zdjęcie opowiada również coś o mnie — o miejscu, które odwiedziłam, o moim stylu życia, o chwili, którą chciałam zachować — wtedy ciało jest tylko częścią obrazu.

Ale jeżeli wszystko inne znika, a jedynym komunikatem zdjęcia staje się:

„Popatrzcie na moje ciało”

— warto zastanowić się, co właściwie chcę przekazać.

Nie oznacza to oczywiście, że zdjęcie nie może być po prostu portretem.

Może.

Pytanie dotyczy raczej intencji, a nie samego kadru.

Czy zależy mi na kontakcie z ludźmi, czy przede wszystkim na ich reakcji?

To pytanie jest chyba jeszcze trudniejsze.

Bo przecież każdy lubi reakcje.

Miło dostać komentarz.

Miło dostać „lajka”.

Miło usłyszeć komplement.

Ale co się dzieje, kiedy przestajemy czekać na rozmowę, a zaczynamy czekać wyłącznie na reakcję?

Kiedy publikujemy zdjęcie i zamiast zastanawiać się:

„Ciekawe, kto się odezwie?”

zaczynamy myśleć:

„Ile osób to zobaczy?”

Kiedy liczba komentarzy zaczyna być ważniejsza niż ludzie, którzy je napisali?

Wtedy warto się na chwilę zatrzymać.

Bo społeczność to przecież nie publiczność.

Inni użytkownicy nie są widownią, którą mamy obowiązek zabawiać własnym ciałem.

Są ludźmi, z którymi jesteśmy w tej społeczności razem.

Czy potrafię zaakceptować zasady społeczności, nawet jeśli ograniczają sposób, w jaki chcę się prezentować?

To pytanie może być szczególnie niewygodne.

Bo każdy z nas ma prawo powiedzieć:

„Lubię pokazywać się właśnie w taki sposób.”

I ma do tego prawo.

Ale społeczność również ma prawo powiedzieć:

„U nas akurat tego sposobu prezentowania nagości nie chcemy.”

I wtedy mamy dwie możliwości.

Możemy zaakceptować zasady i zostać.

Możemy uznać, że nie są dla nas i odejść.

Ale trudno oczekiwać, że cała społeczność zmieni swoją kulturę tylko dlatego, że jedna osoba chce korzystać z niej na własnych zasadach.

To trochę jak wejście do czyjegoś domu i powiedzenie:

„Owszem, bardzo mi się tutaj podoba, ale od dzisiaj będę przestawiać meble, bo tak lubię.”

No nie. 😉

Czy nagość jest dla mnie naturalnością, czy narzędziem zwracania na siebie uwagi?

I chyba to pytanie jest sednem całego felietonu.

Bo można być nago i nawet nie zastanawiać się nad tym, że jest się nago.

Można też być nago i cały czas myśleć:

„Czy ktoś patrzy?”

„Kto zobaczy moje zdjęcie?”

„Kto coś napisze?”

„Czy wyglądam wystarczająco atrakcyjnie?”

W pierwszym przypadku nagość daje nam swobodę.

W drugim może stać się narzędziem.

I nie chodzi mi o to, żeby kogokolwiek osądzać.

Sama potrzeba uwagi jest przecież bardzo ludzka. Każdy z nas czasami chce zostać zauważony.

Ale warto wiedzieć, co jest środkiem, a co celem.

Jeżeli nagość jest środkiem do większej swobody, akceptacji własnego ciała, kontaktu z naturą i ludźmi — mamy coś, co bardzo dobrze wpisuje się w ideę naturyzmu.

Jeżeli natomiast naturyzm staje się jedynie pretekstem do pokazywania ciała, a cała reszta przestaje mieć znaczenie — wtedy chyba zaczynamy mówić już o czymś innym.

I dlatego nie chcę tutaj stawiać sztywnej granicy.

Nie chcę mówić:

„To zdjęcie jest naturystyczne, a tamto już nie.”

Bo życie nie działa aż tak prosto.

Wolę postawić cztery pytania:

Co chcę pokazać — siebie czy swoje ciało?

Czy zależy mi na kontakcie z ludźmi, czy przede wszystkim na ich reakcji?

Czy potrafię zaakceptować zasady społeczności, nawet jeśli ograniczają sposób, w jaki chcę się prezentować?

Czy nagość jest dla mnie naturalnością, czy narzędziem zwracania na siebie uwagi?

I być może najciekawsze jest to, że te pytania wcale nie są przeznaczone wyłącznie dla nowych użytkowników.

Każdy z nas może je sobie czasami zadać.

Bo granica między naturalnością a potrzebą eksponowania siebie nie zawsze przebiega między „nami” a „nimi”.

Czasami przebiega gdzieś w nas samych.

I może właśnie dlatego odpowiedź na pytanie:

„Ile w naturystach jest ekshibicjonizmu?”

nie powinna zaczynać się od oceniania innych.

Powinna zacząć się od spojrzenia w lustro.

I na koniec — pytanie do nas samych

I chyba nie chcę kończyć tego felietonu prostym podziałem:

naturyści są dobrzy, a ekshibicjoniści są źli.

Byłoby to nie tylko zbyt łatwe, ale przede wszystkim nieprawdziwe.

Ludzie są znacznie bardziej skomplikowani niż etykietki, które tak chętnie sobie przyklejamy.

Każdy z nas ma przecież własną relację ze swoim ciałem.

Jedni je kochają.

Inni dopiero uczą się je akceptować.

Jedni bez problemu pokazują się nago.

Inni potrzebowali wielu lat, żeby w ogóle przestać się wstydzić.

Jedni lubią komplementy.

Inni wolą pozostać niezauważeni.

Jedni uwielbiają robić sobie zdjęcia.

Inni najchętniej schowaliby aparat na dnie szuflady.

I wszystkie te osoby mogą być naturystami.

Nie ma jednego „właściwego” typu naturysty.

Ale jest coś, o czym chyba powinniśmy pamiętać.

Kiedy wchodzimy do społeczności, nie jesteśmy w niej sami.

Nasza wolność spotyka się z wolnością innych ludzi.

Nasza swoboda spotyka się z ich granicami.

Nasze prawo do pokazywania własnego ciała spotyka się z ich prawem do tego, żeby nie być traktowanym jak publiczność.

I właśnie dlatego naturyzm nie może oznaczać:

„Skoro ja dobrze czuję się nago, to wszystko, co robię nago, powinno być akceptowane przez innych.”

To tak nie działa.

Wspólnota zawsze wymaga pewnego rodzaju równowagi.

Możemy być sobą, ale pamiętając, że obok nas są inni.

Możemy cieszyć się własnym ciałem, ale nie musimy robić z niego centrum całego świata.

Możemy lubić, kiedy ktoś na nas patrzy, ale nie możemy zakładać, że inni przyszli tutaj właśnie po to, żeby nas oglądać.

I może właśnie w tym wszystkim tkwi najważniejsza różnica.

Naturyzm daje nam możliwość bycia nago.

Ale nie daje nam automatycznie prawa do robienia z tej nagości przedstawienia dla innych.

Dlatego na sam koniec wracam do pytania, od którego zaczęliśmy.

Ile ekshibicjonizmu może być w naturyście, zanim naturyzm przestaje być najważniejszy?

Nie wiem.

I chyba nie chcę udawać, że znam jedną konkretną odpowiedź.

Może ta granica dla każdego człowieka znajduje się trochę gdzie indziej.

Może czasami przesuwamy ją sami, nawet tego nie zauważając.

Może raz publikujemy zdjęcie dlatego, że chcemy podzielić się chwilą, a innym razem dlatego, że zwyczajnie potrzebujemy usłyszeć, że dobrze wyglądamy.

I być może właśnie dlatego warto od czasu do czasu zatrzymać się i zadać sobie kilka prostych pytań.

Nie po to, żeby oceniać innych.

Po to, żeby sprawdzić samych siebie.

Bo być może najważniejsze pytanie wcale nie brzmi:

„Czy inni patrzą na mnie?”

Tylko:

„Czy ja nadal potrafię być nago wtedy, kiedy nikt na mnie nie patrzy?”

A jeszcze głębiej:

Czy jesteśmy naturystami dlatego, że lubimy być nago, czy dlatego, że nagość przestała być dla nas czymś, co trzeba specjalnie pokazywać?

I chyba właśnie z tym pytaniem chciałabym Was zostawić.

Bez wyroku.

Bez etykiet.

Bez dzielenia ludzi na „dobrych naturystów” i „złych ekshibicjonistów”.

Po prostu z odrobiną refleksji.

Bo może naturyzm zaczyna się wtedy, kiedy przestajemy zastanawiać się, kto na nas patrzy.

A kończy się wtedy, kiedy bez tej widowni nie potrafimy już czerpać przyjemności z własnej nagości.

A teraz jestem ciekawa Waszego zdania

Powyższy tekst napisałam przede wszystkim na podstawie własnych obserwacji z czasu, który spędzam tutaj jako administratorka. Widzę, co dzieje się na stronie, widzę nowych użytkowników, ich pierwsze zdjęcia, reakcje na zwracanie uwagi i to, jak różne osoby rozumieją słowo „naturyzm”.

Ale przecież mogę nie wiedzieć wszystkiego.

To są moje obserwacje. Mój punkt widzenia. A temat jest na tyle ciekawy i niejednoznaczny, że aż prosi się o skonfrontowanie go z tym, jak Wy sami odbieracie nagość, pokazywanie własnego ciała i granicę między naturyzmem a potrzebą eksponowania się.

Dlatego tym razem nie chcę tylko napisać swojego wywodu i postawić kropki.

Chcę Was posłuchać.

Przygotowałam dwie krótkie ankiety. Każda dotyczy trochę innego aspektu tego tematu i jestem bardzo ciekawa, czy Wasze odpowiedzi potwierdzą moje obserwacje, czy może wręcz przeciwnie — pokażą mi, że patrzę na pewne rzeczy zupełnie inaczej, niż Wy.

Szczególnie interesuje mnie druga ankieta:

„Co najbardziej odpowiada Twojemu podejściu do pokazywania własnego nagiego ciała?”

Bo właśnie odpowiedzi na to pytanie mogą powiedzieć nam bardzo dużo.

Czy pokazujemy ciało przede wszystkim dla siebie?

Czy lubimy, kiedy inni je oglądają?

Czy przyjemność sprawiają nam komplementy?

Czy może dla części z nas możliwość pokazania własnego ciała jest jednym z ważniejszych powodów obecności w naturystycznej społeczności?

Nie ma tutaj dobrej ani złej odpowiedzi.

Naprawdę jestem ciekawa Waszych odpowiedzi — również tych, które mogą być zupełnie inne od moich własnych przemyśleń.

A jeżeli zbierze się wystarczająco dużo odpowiedzi, bardzo chętnie napiszę drugą część tego wywodu, tym razem opartą już nie tylko na moich obserwacjach, ale przede wszystkim na Waszych głosach.

No to teraz kolej na Was. 😉

Głosujcie szczerze. Jestem bardzo ciekawa, co nam z tych ankiet wyjdzie.

💓 1
  • Więcej
Ankieta
Gdzie Twoim zdaniem zaczyna się ekshibicjonizm w naturyzmie?
Co najbardziej odpowiada Twojemu podejściu do pokazywania własnego nagiego ciała?
Komentarze (4)
      • Ekstra tekst, czekam zakończenia.... pozdrowienia
      • Jest jakaś wersja krótka tego tekstu? Bo dalej nie wiem kim jestem... Przyjmuje oceny/wyzwiska/krytykę w PW :)

        Cały czas było, co pokazujący (bo ekshibicjoniści to tylko mężczyźni) chce osiągnąć a raczej słabo co widzi odbiorca. Dwóch odbiorców będzie miało trzy zdania na temat co widzi... Wszystko można demonizować albo trywializować albo...

        Może dobrym rozwiązaniem byłoby usunięcie wszystkich zdjęć osób. Niech pozostanie tylko piasek i woda ;)

        Co do dobrych/odpowiednich/właściwych zdjęć. Zrobiłem, kilka zdjęć żonie jak sobie leży na brzuchu i czyta. Pytam, które mogę zamieścić a ona krytycznie ocenia większość z nich, bo nie pod takim katem, bo złe proporcje, oświetlenie... Ja patrzę i nie widzę różnic... Po prostu słońce świeci na tyłek... Coś mi się wydaje, że większy problem jest z patrzącymi niż pokazującymi...

        A co do ankiety to mam zastrzeżenia, że można wybrać tylko jedną odpowiedź. Czasem nie da się wybrać jednej właściwej bo trochę tak i trochę tak...

        • No dobra… wersji „TL;DR” nie będzie, bo wtedy musiałabym chyba napisać: „Nagość jest skomplikowana. Koniec.” 😂

          A tak poważnie — właśnie o to chodziło w tym tekście, żeby nie próbować każdego człowieka wrzucać do szufladki: naturysta / ekshibicjonista. Gdybym chciała wystawić wszystkim diagnozy na podstawie jednego zdjęcia, felieton miałby trzy akapity i byłby kompletnie bez sensu. 😁

          I bardzo trafnie zauważyłeś jedną rzecz: dużo zależy od odbiorcy. To samo zdjęcie jedna osoba zobaczy jako zwyczajne zdjęcie naturystyczne, druga jako bardzo atrakcyjne, trzecia jako zbyt odważne, a czwarta w ogóle nie zwróci na nie większej uwagi.

          I właśnie dlatego w tekście celowo pisałam o kontekście, intencji i reakcji na zasady, a nie tylko o samym zdjęciu.

          Twój przykład ze zdjęciami żony jest zresztą świetny. Ty patrzysz i widzisz:

          „Słońce świeci na tyłek.” 😂

          A żona patrzy i widzi:

          „Zły kąt, złe proporcje, światło nie takie…”

          I oboje macie rację — tylko patrzycie na to zdjęcie z dwóch zupełnie różnych perspektyw.

          I to właśnie jest chyba jeden z problemów, o których chciałam napisać. Zdjęcie nie ma jednego, obiektywnego znaczenia. Zawsze istnieje jeszcze ktoś, kto je ogląda i interpretuje po swojemu.

          Co do Twojej teorii, że większy problem może być czasami z patrzącymi niż z pokazującymi — to jest akurat bardzo ciekawy temat na kolejny tekst. Bo można się zastanowić, czy przypadkiem nie przypisujemy czasami osobie pokazującej ciało intencji, których ona wcale nie miała.

          No i masz mnie z tą ankietą. 😁

          Faktycznie — człowiek może być jednocześnie kilkoma odpowiedziami. Można być nago dla siebie, lubić swoje ciało, lubić komplementy i jednocześnie cieszyć się tym, że ktoś nas ogląda. To się przecież wzajemnie nie wyklucza.

          Dlatego potraktuj tę ankietę bardziej jako próbę uchwycenia dominującego podejścia, a nie jako test psychologiczny:

          „Zaznacz jedną odpowiedź, a system powie Ci, jakim jesteś naturystą.” 😂

          A skoro już oficjalnie przyjmujesz krytykę, oceny i wyzwiska w PW, to ostrzegam — po publikacji tego felietonu lista chętnych może się wydłużyć. 😁

          A tak już całkiem serio — dzięki za komentarz. Właśnie takich głosów chciałam pod tym tekstem. Bo jeżeli ktoś się ze mną nie zgadza i potrafi powiedzieć dlaczego, to robi się z tego rozmowa, a nie tylko moje gadanie do ekranu.

          I może właśnie z tych różnych punktów widzenia powstanie kiedyś część druga. 😜

        • Przeczytałam to i moim zdaniem każdy naturysta jest po trochu ekscybicjonistą. I ma to w sobie w jakiimś małym procencie. z tym że jest w miejscach pozwalających być nago . Nazywający się Naturystą który lata po lasach sam nago jest ekscybicjonista tak samo jak ten który się obnaża przed ludźmi w parku.

          Zaloguj się lub Załóż konto aby zobaczyć lub skomentować tę treść.
          Popularne wpisy
          Reklama