·   ·  77 wpisów
  •  ·  60 znajomych
  • 83 obserwujących

Samotny mężczyzna za drzwiami. Czy każda selekcja to dyskryminacja?

W pierwszej części naszego felietonu zastanawialiśmy się, skąd biorą się ograniczenia dotyczące samotnych mężczyzn w niektórych przestrzeniach naturystycznych, klubach i ośrodkach. Przyjrzeliśmy się również temu, dlaczego pary bywają traktowane inaczej niż osoby przychodzące samotnie i jakie doświadczenia mogą stać za takimi zasadami. Ale to nie koniec tematu. Bo nawet jeśli rozumiemy powody wprowadzania ograniczeń, pozostaje kilka ważnych pytań. Czy każda nierówność w zasadach oznacza dyskryminację? Czy wykluczenie jest jedynym sposobem na zapewnienie komfortu i bezpieczeństwa społeczności? Czy normalni, kulturalni samotni mężczyźni muszą ponosić konsekwencje zachowania innych? I wreszcie — czy właściciel lub administrator ma prawo samodzielnie zdecydować, jaką społeczność chce stworzyć? W drugiej części spróbujemy spojrzeć na te kwestie z różnych stron. Będzie też trochę o naszej własnej decyzji dotyczącej nowego portalu, bo przecież właśnie od niej zaczęła się cała ta dyskusja. Nie chodzi o to, żeby kogokolwiek oskarżać czy przekonywać na siłę do naszych racji. Chodzi o to, żeby spróbować zrozumieć, dlaczego czasami te same drzwi są otwarte dla jednych, a dla innych pozostają zamknięte.

Zapraszam do drugiej części felietonu, który jest kontynuacją mojego wpisu: Samotny mężczyzna za drzwiami. Dlaczego niektóre miejsca stosują inne zasady?

Dlaczego singielka i singiel nie zawsze są sytuacją symetryczną?

I tutaj dochodzimy do pytania, które zapewne dla części osób będzie najbardziej kontrowersyjne:

Skoro samotny mężczyzna może zostać ograniczony, to dlaczego samotna kobieta często nie jest traktowana dokładnie tak samo?

Czy to nie jest przypadkiem podwójny standard?

Na pierwszy rzut oka może się tak wydawać.

Mamy przecież dwie osoby.

Jedna jest kobietą, druga mężczyzną.

Obie przychodzą samotnie.

Dlaczego więc zasady miałyby być różne?

Odpowiedź zaczyna się od pewnego rozróżnienia:

równe traktowanie nie zawsze oznacza identyczne traktowanie.

Brzmi trochę jak zdanie z podręcznika do filozofii, ale w praktyce jest całkiem proste.

Jeżeli dwie osoby znajdują się w różnych sytuacjach społecznych i mogą doświadczać zupełnie innych konsekwencji swojej obecności, organizator może uznać, że identyczne zasady niekoniecznie doprowadzą do identycznego efektu.

I właśnie to może mieć znaczenie w przestrzeniach, w których pojawia się nagość, intymność albo erotyczny charakter części publikowanych treści.

Wyobraźmy sobie, że do takiej społeczności dołącza samotna kobieta.

Może oczywiście spotkać się z zainteresowaniem mężczyzn.

Może być zaczepiana.

Może otrzymywać wiadomości, propozycje znajomości czy komentarze, których sobie nie życzy.

Może również spotkać osobę przekraczającą jej granice.

To wszystko jest jak najbardziej możliwe.

Ale jednocześnie charakter tego zainteresowania może być inny niż w sytuacji, kiedy do tej samej przestrzeni dołącza samotny mężczyzna.

I właśnie dlatego właściciel czy administrator może przewidywać inne konsekwencje dla społeczności.

Nie musi to oznaczać, że uważa kobiety za „lepsze”.

Nie musi też uważać wszystkich mężczyzn za zagrożenie.

Może po prostu zakładać, na podstawie wcześniejszych doświadczeń swojej społeczności, że napływ dużej liczby samotnych mężczyzn może zmienić charakter przestrzeni bardziej niż napływ samotnych kobiet.

Zwłaszcza wtedy, gdy mówimy o miejscu, którego głównym elementem są zdjęcia ciała, nagość, bielizna, produkty erotyczne czy rozmowy o intymności.

Bo wtedy dochodzi jeszcze jeden element.

Sposób, w jaki użytkownicy mogą postrzegać siebie nawzajem.

Jeżeli stworzymy przestrzeń, w której pojawiają się atrakcyjne zdjęcia kobiet, dyskusje o intymności i produkty związane z erotyką, możemy założyć, że część użytkowników będzie zainteresowana przede wszystkim treścią, część społecznością, część poradami, a część — poznawaniem innych osób.

I teraz wyobraźmy sobie, że w krótkim czasie pojawia się bardzo duża grupa samotnych mężczyzn zainteresowanych właśnie kontaktem z kobietami.

Nawet jeśli zdecydowana większość z nich zachowuje się poprawnie, może zmienić się odbiór całej społeczności przez kobiety.

Zamiast:

„To jest fajne miejsce, w którym mogę swobodnie publikować i rozmawiać”,

może pojawić się:

„Czy za chwilę dostanę dziesięć wiadomości od obcych facetów?”

A jeżeli taki sposób funkcjonowania zacznie się powtarzać, część kobiet może po prostu zrezygnować z aktywności.

I tutaj administrator ma problem.

Bo można oczywiście powiedzieć:

„Przecież będziemy usuwać niestosowne wiadomości”.

Tylko że wtedy pojawia się pytanie:

Czy nie lepiej wcześniej zadbać o taki skład społeczności, żeby problemów było mniej?

I właśnie w ten sposób niektórzy właściciele przestrzeni uzasadniają różnicowanie zasad.

Nie jako ocenę moralną dwóch płci.

Nie jako stwierdzenie:

„Kobiety są dobre, a mężczyźni źli”.

Tylko jako próbę przewidzenia, jak określona konfiguracja użytkowników wpłynie na funkcjonowanie całej społeczności.

Ale tutaj koniecznie trzeba postawić bardzo grubą kreskę.

To nie jest twierdzenie, że kobiety nigdy nie przekraczają granic.

Oczywiście, że mogą.

Kobieta również może podglądać.

Może fotografować bez zgody.

Może wysyłać komuś niechciane wiadomości.

Może uporczywie flirtować.

Może seksualizować drugą osobę.

Może zachowywać się dokładnie tak samo niewłaściwie jak mężczyzna.

I jeżeli to robi, powinna podlegać takim samym zasadom dotyczącym zachowania i granic.

Nie ma tutaj żadnej taryfy ulgowej.

Różnica, o której mówimy, dotyczy więc przewidywanej dynamiki całej grupy, a nie moralnej wartości jej poszczególnych członków.

To bardzo istotne rozróżnienie.

Bo można jednocześnie uważać, że:

„Każda osoba powinna odpowiadać za własne zachowanie”

oraz:

„Administrator ma prawo zastanawiać się, jakie zachowania i relacje będą częściej pojawiały się w określonym składzie społeczności”.

Jedno nie wyklucza drugiego.

I jeszcze jedna rzecz.

Nie wszystkie kobiety czują się niekomfortowo w obecności samotnych mężczyzn.

Nie wszystkie samotne kobiety są zainteresowane poznawaniem kogokolwiek.

Nie wszystkie pary chcą być od kogokolwiek oddzielane.

Nie wszyscy mężczyźni są zainteresowani kobietami.

Nie możemy więc budować regulaminu tak, jakby każdy człowiek był idealnym przykładem swojej kategorii.

Bo nie jest.

Kategorie są tylko uproszczeniem rzeczywistości.

A rzeczywistość jest znacznie bardziej różnorodna.

Dlatego decyzja właściciela konkretnego miejsca może być zrozumiała jako próba ochrony określonego modelu społeczności, ale nadal może być przez niektórych użytkowników odbierana jako niesprawiedliwa.

I właśnie dlatego ten temat jest tak trudny.

Bo z jednej strony mamy prawo człowieka do tego, żeby nie być ocenianym wyłącznie przez pryzmat kategorii.

Z drugiej — mamy prawo właściciela czy organizatora do kształtowania charakteru swojej przestrzeni.

A pomiędzy jednym a drugim znajduje się cała masa pytań o granice, proporcje i odpowiedzialność.

I może właśnie dlatego zamiast pytać:

„Czy kobieta i mężczyzna powinni być zawsze traktowani identycznie?”

lepiej zapytać:

„Czy zasady obowiązujące w danym miejscu są rzeczywiście potrzebne, jasno określone i związane z jego charakterem?”

Bo wtedy przestajemy rozmawiać o tym, kto jest „lepszy”.

Zaczynamy rozmawiać o tym, jak chcemy urządzić wspólną przestrzeń.

A to jest już znacznie ciekawsza rozmowa.

Naturyzm to nagość, ale nagość nie jest zaproszeniem

I chyba tutaj dochodzimy do absolutnej podstawy całej naszej rozmowy.

Do czegoś, o czym w świecie naturystycznym nie powinno się nawet specjalnie przypominać, a jednak czasami trzeba.

Naturyzm oznacza nagość.

Ale nagość nie oznacza dostępności seksualnej.

To dwie zupełnie różne rzeczy.

Ktoś może być nagi na plaży, w saunie, na campingu czy podczas spotkania naturystycznego i jednocześnie nie być zainteresowany żadnym kontaktem o charakterze erotycznym.

Może po prostu korzystać z przestrzeni.

Opalać się.

Pływać.

Rozmawiać.

Śmiać się ze znajomymi.

Czytać książkę.

Albo leżeć i nic nie robić, co zresztą czasami jest najlepszą atrakcją urlopu.

Nagość nie jest komunikatem:

„Możesz do mnie podejść”.

Nie jest też komunikatem:

„Możesz mnie oglądać, ile chcesz”.

Tym bardziej nie oznacza:

„Możesz zrobić mi zdjęcie”.

A już zdecydowanie nie oznacza:

„Jestem zainteresowana kontaktem seksualnym”.

To wszystko powinno być oczywiste.

A jednak doświadczenie wielu przestrzeni, nie tylko naturystycznych, pokazuje, że oczywiste rzeczy czasami trzeba powiedzieć głośno.

Plaża naturystyczna nie jest miejscem „polowania”.

Nie jest miejscem, w którym ktoś przychodzi po to, żeby przeglądać dostępne „oferty”.

Nie jest też katalogiem atrakcyjnych ciał, spośród których można sobie wybrać osobę do poznania.

Owszem — na plaży naturystycznej można poznać nowych ludzi.

Można z kimś porozmawiać.

Można zawrzeć znajomość.

Może nawet powstać przyjaźń, a czasami relacja znacznie bliższa.

Ale kontakt musi być obustronny.

I właśnie to słowo jest tutaj kluczowe.

Obustronny.

Jeżeli jedna osoba chce rozmawiać, a druga nie — odpowiedź powinna być uszanowana.

Jeżeli ktoś nie chce być fotografowany — nie fotografujemy.

Jeżeli ktoś nie życzy sobie komentarzy dotyczących swojego ciała — nie komentujemy.

Jeżeli ktoś odsuwa się, kończy rozmowę albo wyraźnie daje do zrozumienia, że nie jest zainteresowany dalszym kontaktem — przyjmujemy to bez obrażania się i bez kolejnej próby pięć minut później.

To nie jest szczególnie skomplikowana filozofia.

To po prostu szacunek dla cudzych granic.

I tutaj dochodzimy do bardzo ważnej rzeczy w kontekście naszej dyskusji o samotnych mężczyznach.

Bo osoba, która nie rozumie tej podstawowej zasady, może być problemem niezależnie od tego, czy jest singlem, czy pozostaje w związku.

Samotny mężczyzna może zachowywać się wzorowo.

Samotna kobieta może zachowywać się fatalnie.

Para może być cudowna.

Para może być również najbardziej uciążliwymi ludźmi na całej plaży.

Status związku nie daje przecież człowiekowi automatycznie certyfikatu dobrego wychowania.

Dlatego nie powinniśmy mylić dwóch różnych rzeczy:

ktoś może należeć do grupy, którą organizator uważa za potencjalnie bardziej problematyczną w określonej przestrzeni,

ale to jeszcze nie oznacza:

każdy człowiek z tej grupy jest problemem.

To ogromna różnica.

I dlatego również samotny mężczyzna, który przychodzi na plażę naturystyczną, ma dokładnie takie samo podstawowe prawo do normalnego korzystania z niej jak inni uczestnicy — o ile przestrzega zasad obowiązujących w danym miejscu.

Może się opalać.

Może pływać.

Może rozmawiać.

Może poznać ludzi.

Może być po prostu częścią społeczności.

Nie musi przy tym udowadniać, że jest „jednym z tych dobrych”.

Nie powinien być traktowany jak ktoś winny tylko dlatego, że przyszedł sam.

Ale z drugiej strony jego samotność również nie daje mu żadnych specjalnych praw wobec innych uczestników.

Tak samo jak nagość kobiety nie daje żadnych specjalnych praw mężczyźnie.

I właśnie dlatego uważam, że w całej tej dyskusji warto zapamiętać jedno zdanie:

W naturyzmie nagość jest wspólnym stanem uczestników, a nie usługą świadczoną pozostałym uczestnikom.

To zdanie może wydawać się ostre.

Ale dobrze oddaje istotę problemu.

Bo kiedy wszyscy są nadzy, nagość przestaje być czymś wyjątkowym.

Nie jest produktem.

Nie jest atrakcją.

Nie jest walutą.

Nie jest obietnicą.

Jest po prostu jednym z elementów wspólnego przebywania w danej przestrzeni.

I być może właśnie dlatego naturyzm może być tak wyzwalający.

Człowiek przestaje być oceniany wyłącznie przez ubranie, wygląd czy status materialny.

Ale żeby ta swoboda działała, potrzebna jest jeszcze jedna rzecz:

umiejętność pozostawienia innych ludzi w spokoju.

Bo wolność jednej osoby kończy się tam, gdzie zaczyna się naruszanie komfortu drugiej.

I ta zasada działa dokładnie w obie strony.

Dlatego nie możemy powiedzieć:

„Samotni mężczyźni powinni mieć więcej ograniczeń, bo są mężczyznami”.

Możemy natomiast powiedzieć:

„Każdy, kto wchodzi do przestrzeni naturystycznej, powinien rozumieć, że nagość innych osób nie jest zgodą na przekraczanie ich granic”.

A jeżeli ktoś tego nie rozumie?

Wtedy naprawdę nie ma większego znaczenia, czy przyszedł sam, z partnerką, z partnerem czy w dziesięcioosobowej grupie.

Po prostu nie rozumie, czym jest wspólna przestrzeń.

I właśnie dlatego regulaminy naturystyczne powinny zaczynać się nie od pytania:

„Kogo wpuszczamy?”

ale od pytania:

„Jakiego zachowania oczekujemy od każdego, kogo już wpuścimy?”

Czy selekcja jest sprawiedliwa?

No dobrze. Przeszliśmy już przez kilka ważnych zagadnień. Wiemy, dlaczego niektóre miejsca wprowadzają ograniczenia, skąd mogą się brać obawy organizatorów i dlaczego skład całej grupy bywa dla nich równie ważny jak zachowanie pojedynczych osób.

Ale w tym miejscu trzeba zadać pytanie, którego nie da się tak łatwo ominąć:

Czy taka selekcja jest sprawiedliwa?

I tutaj nie chciałabym udzielać prostej odpowiedzi.

Bo choć można próbować wyjaśnić motywacje organizatorów, nie oznacza to automatycznie, że każda zastosowana przez nich zasada jest sprawiedliwa. Zrozumienie powodów wprowadzenia ograniczeń nie jest przecież tym samym co bezwarunkowe zaakceptowanie tych ograniczeń.

Spróbujmy więc spojrzeć na tę sytuację z kilku stron.

Zacznijmy od samotnego mężczyzny.

Wyobraźmy sobie człowieka, który od lat jest naturystą. Jeździ na plaże, korzysta z ośrodków, zna zasady i zawsze stara się zachowywać z szacunkiem wobec innych.

Nie podgląda.

Nie zaczepia kobiet wbrew ich woli.

Nie robi zdjęć bez zgody.

Nie traktuje nagości innych jako zaproszenia do flirtu.

Po prostu lubi naturyzm i chce spędzać czas w takim otoczeniu.

Pewnego dnia dowiaduje się jednak, że do konkretnego klubu nie zostanie przyjęty, ponieważ przyjmuje on wyłącznie pary albo ogranicza liczbę samotnych mężczyzn.

Co może pomyśleć?

„Przecież nic złego nie zrobiłem”.

„Dlaczego mam odpowiadać za zachowanie innych ludzi?”.

„Dlaczego kobieta może przyjść sama, a ja nie?”.

„Czy moje zachowanie naprawdę ma mniejsze znaczenie niż fakt, że nie mam partnerki?”.

I trudno odmówić mu prawa do takich pytań.

Z jego perspektywy sytuacja może wyglądać jak kara za coś, czego nigdy nie zrobił. Może mieć poczucie, że nie jest oceniany jako człowiek, lecz jako przedstawiciel określonej kategorii.

I nie wystarczy odpowiedzieć mu:

„Takie są zasady, proszę się nie obrażać”.

Bo to nie rozwiązuje problemu, a jedynie zamyka dyskusję.

Teraz spójrzmy na organizatora.

Prowadzenie klubu, ośrodka czy zamkniętej społeczności to nie tylko otwieranie drzwi i sprzedawanie wejściówek.

Organizator odpowiada za całe wydarzenie.

Za atmosferę.

Za komfort uczestników.

Za przestrzeganie regulaminu.

Za reakcje na niewłaściwe zachowania.

I często również za to, czy ludzie będą chcieli wrócić następnym razem.

Może więc patrzeć na sytuację zupełnie inaczej.

Nie zastanawia się wyłącznie nad tym, czy konkretny Jan, Piotr albo Marek zachowają się poprawnie.

Zastanawia się, jak będzie funkcjonowała cała grupa.

Czy kobiety będą czuły się swobodnie?

Czy pary będą chciały ponownie przyjechać?

Czy atmosfera wydarzenia nie zmieni się w coś, czego organizator wcale nie zamierzał tworzyć?

Czy nie pojawią się problemy, które później trudno będzie opanować?

I tutaj pojawia się argument, którego nie można całkowicie zignorować:

Organizator musi myśleć nie tylko o tym, co już się wydarzyło, ale również o ryzyku, które może się pojawić.

Nie zawsze może czekać, aż dojdzie do konkretnego incydentu.

Czasami próbuje mu zapobiec.

Może uważać, że określona proporcja uczestników, wcześniejsza rejestracja albo dodatkowa weryfikacja pomogą utrzymać charakter wydarzenia.

Oczywiście może się mylić.

Może wprowadzić zbyt restrykcyjne zasady.

Może niesłusznie odrzucić wartościowego uczestnika.

Może też przeceniać ryzyko związane z jedną grupą, a nie dostrzegać problemów powodowanych przez inne osoby.

Ale sama potrzeba dbania o całą społeczność jest jak najbardziej zrozumiała.

A teraz perspektywa kobiet i par.

Wyobraźmy sobie kobietę, która przyjeżdża do ośrodka naturystycznego, żeby odpocząć.

Chce czuć się swobodnie.

Nie chce zastanawiać się, kto ją obserwuje.

Nie chce otrzymywać niechcianych wiadomości.

Nie chce być zaczepiana za każdym razem, kiedy idzie do basenu albo rozkłada ręcznik na plaży.

Nie chce również mieć poczucia, że musi nieustannie pilnować swojego zachowania, stroju czy sposobu poruszania się tylko dlatego, że znajduje się wśród nagich ludzi.

Chce po prostu korzystać z miejsca, za które zapłaciła, i czuć się w nim komfortowo.

Podobnie może myśleć para.

Przyjeżdżają razem, żeby odpocząć, pobyć ze sobą, spotkać znajomych. Nie chcą, żeby ich pobyt zamienił się w ciągłe odpieranie prób nawiązywania kontaktu przez osoby, które nie potrafią zaakceptować braku zainteresowania.

I tutaj również trudno powiedzieć, że takie oczekiwania są przesadzone.

Każdy ma prawo oczekiwać szacunku i poczucia bezpieczeństwa w przestrzeni, z której korzysta.

Widzimy więc trzy różne perspektywy.

Samotny mężczyzna mówi:

„Nie oceniajcie mnie przez pryzmat innych”.

Organizator odpowiada:

„Muszę dbać o całą grupę, a nie tylko o pojedyncze osoby”.

Kobiety i pary dodają:

„Chcemy mieć pewność, że możemy czuć się swobodnie i nie będziemy traktowani jak obiekt zainteresowania”.

I teraz najważniejsze: każda z tych stron mówi o czymś istotnym.

Nie oznacza to, że wszystkie argumenty są zawsze równie mocne ani że każda konkretna decyzja organizatora jest automatycznie uzasadniona.

Oznacza natomiast, że problemu nie da się uczciwie rozwiązać, patrząc wyłącznie z jednej strony.

Bo możemy skupić się na samotnym mężczyźnie i jego prawie do równego traktowania, ale wtedy łatwo przeoczyć doświadczenia kobiet, które wcześniej spotykały się z niechcianym zainteresowaniem.

Możemy skupić się na komforcie kobiet i oczekiwaniach organizatora, ale wtedy łatwo zapomnieć o samotnych mężczyznach, którzy nie zrobili niczego złego, a mimo to ponoszą konsekwencje ogólnych zasad.

Możemy też powiedzieć:

„Organizator ma prawo ustalać własny regulamin”.

Ale samo posiadanie takiego prawa nie odpowiada jeszcze na pytanie, czy każda reguła jest rozsądna, proporcjonalna i potrzebna.

I właśnie dlatego uważam, że warto rozróżnić dwie rzeczy:

prawo do ustalania zasad oraz ocenę tego, czy konkretne zasady są sprawiedliwe.

To nie jest to samo.

Można uznać, że właściciel ma prawo kształtować charakter swojego miejsca, a jednocześnie krytycznie oceniać sposób, w jaki to robi.

Można rozumieć obawy kobiet, a jednocześnie nie zgadzać się na automatyczne przypisywanie wszystkim samotnym mężczyznom złych intencji.

Można też przyznać, że niektóre ograniczenia mają swoje uzasadnienie, ale zastanawiać się, czy nie istnieją mniej restrykcyjne sposoby osiągnięcia tego samego celu.

I być może właśnie to jest najważniejsza rzecz, którą powinniśmy wynieść z tej dyskusji.

Sprawiedliwość nie polega na tym, że jedna strona zawsze dostaje dokładnie to, czego chce.

Polega również na tym, żeby poważnie potraktować argumenty pozostałych.

Dlatego nie chciałabym kończyć tego rozdziału odpowiedzią „tak, selekcja jest sprawiedliwa” albo „nie, każda selekcja jest niesprawiedliwa”.

Zamiast tego zostawię kilka pytań, które moim zdaniem powinien sobie zadać każdy organizator:

  • Czy ograniczenie rzeczywiście służy konkretnemu celowi?
  • Czy istnieją doświadczenia lub dane, które uzasadniają jego wprowadzenie?
  • Czy można osiągnąć ten cel mniej restrykcyjnymi metodami?
  • Czy zasady są jasno określone i stosowane konsekwentnie?
  • Czy osoby, których dotyczą, mają możliwość poznania powodów takiej decyzji?

Bo może się okazać, że w jednym miejscu ograniczenia są rzeczywiście potrzebne, a w innym są po prostu wygodnym sposobem na uniknięcie trudniejszego zarządzania społecznością.

I to już jest bardzo ważna różnica.

Nie każda selekcja jest automatycznie niesprawiedliwa. Ale też nie każda selekcja staje się sprawiedliwa tylko dlatego, że ktoś wpisał ją do regulaminu.

A skoro tak, to warto zastanowić się nad jeszcze jedną rzeczą: czy ograniczanie dostępu jest jedynym sposobem na zadbanie o komfort i bezpieczeństwo społeczności?

Bo być może istnieją rozwiązania, które pozwalają pogodzić otwartość z odpowiedzialnością.

Czy rozwiązaniem powinno być zawsze wykluczenie?

Skoro wiemy już, skąd biorą się obawy organizatorów i dlaczego w niektórych miejscach wprowadzane są ograniczenia dla samotnych mężczyzn, warto zadać kolejne pytanie: czy wykluczenie rzeczywiście musi być jedynym rozwiązaniem?

Moim zdaniem nie. I co ważne, nie zawsze jest ono nawet rozwiązaniem najlepszym.

Pomiędzy zasadą „wpuszczamy wszystkich, bez żadnych pytań” a zasadą „samotni mężczyźni nie mają wstępu” istnieje całkiem sporo możliwości. Każda społeczność może dobrać je do swojego charakteru, wielkości, doświadczeń i tego, jaki klimat chce utrzymać.

Pierwszą możliwością jest po prostu pełna otwartość. Każdy może dołączyć, niezależnie od tego, czy przychodzi sam, z partnerką, partnerem czy w parze. Warunkiem jest przestrzeganie regulaminu i szanowanie pozostałych uczestników. Takie podejście wymaga jednak sprawnej moderacji i gotowości do reagowania, gdy ktoś zaczyna przekraczać granice.

Innym rozwiązaniem jest weryfikacja nowych osób. Nie chodzi o przesłuchanie przy wejściu ani sprawdzanie, czy ktoś ma odpowiedni typ urody, obrączkę na palcu albo właściwy status związku. Chodzi raczej o poznanie człowieka, sprawdzenie, czy rozumie charakter danego miejsca i czy akceptuje obowiązujące zasady. W społeczności internetowej może to być rozmowa z administracją, a w klubie czy ośrodku — wcześniejszy kontakt lub spotkanie zapoznawcze.

Można też stosować rekomendacje. Nowa osoba trafia do społeczności dzięki komuś, kto już jest jej członkiem i zna jej zasady. Nie daje to oczywiście stuprocentowej gwarancji, że wszystko będzie idealnie, ale może ułatwić budowanie zaufania.

Kolejnym narzędziem są limity. Zamiast całkowicie zamykać drzwi przed samotnymi mężczyznami, organizator może ustalić proporcje uczestników albo ograniczyć liczbę nowych zgłoszeń w określonym czasie. Nie jest to rozwiązanie pozbawione wad, bo nadal oznacza nierówny dostęp, ale bywa sposobem na zachowanie równowagi w grupie bez całkowitego wykluczania jednej kategorii osób.

Można również wprowadzić okres próbny. Ktoś nowy uczestniczy w jednym lub kilku spotkaniach, poznaje społeczność, a organizatorzy i pozostali członkowie mają okazję zobaczyć, czy dobrze odnajduje się w jej zasadach. Dopiero później podejmowana jest decyzja o pełnym członkostwie lub dalszym udziale.

I właśnie członkostwo może być kolejnym rozwiązaniem. Zamiast otwierać wydarzenie dla zupełnie przypadkowych osób, organizatorzy mogą stworzyć społeczność opartą na określonych zasadach przystępowania. Członkowie nie są wtedy anonimowymi gośćmi, którzy pojawiają się raz i znikają, lecz osobami współtworzącymi miejsce i odpowiedzialnymi za jego atmosferę.

Nie można też zapominać o czymś pozornie oczywistym, czyli o dobrym regulaminie. Jasne zasady dotyczące fotografowania, kontaktów z innymi uczestnikami, publikowania materiałów, zachowania na spotkaniach czy reagowania na naruszenia mogą być ważniejsze niż sam podział na pary i osoby samotne. Regulamin powinien być zrozumiały, znany przed dołączeniem i stosowany wobec wszystkich.

Wreszcie pozostaje indywidualna reakcja na niewłaściwe zachowanie. Ktoś nagabuje innych, robi zdjęcia bez zgody, ignoruje odmowę albo uporczywie przekracza cudze granice? Wtedy konsekwencje powinny dotyczyć właśnie tej osoby. Może to być ostrzeżenie, czasowe zawieszenie, a w poważniejszych przypadkach usunięcie ze społeczności. Bez względu na to, czy sprawcą jest samotny mężczyzna, kobieta czy członek pary.

Oczywiście żadne z tych rozwiązań nie jest magiczną receptą. Weryfikacja może być niedoskonała, rekomendacje nie dają gwarancji, a regulamin nie powstrzyma każdego, kto postanowi go zignorować. Z kolei limity mogą być odbierane jako niesprawiedliwe, a okres próbny wymaga czasu i zaangażowania organizatorów.

Ale właśnie dlatego warto o nich rozmawiać.

Bo ograniczenie dostępu jest tylko jednym z możliwych sposobów zarządzania społecznością. Nie jest też automatycznie najlepszym rozwiązaniem w każdej sytuacji.

Czasami organizatorzy wybierają je dlatego, że odpowiada ich doświadczeniom, możliwościom i charakterowi miejsca. Innym razem mogą zdecydować się na bardziej otwarty model, w którym większy nacisk kładzie się na weryfikację, regulamin i indywidualne reagowanie na problemy.

Nie każda społeczność musi działać tak samo. Ważne jednak, żeby zasady nie były przypadkowe, żeby miały związek z rzeczywistymi potrzebami danego miejsca i żeby nie sprowadzały się do prostego założenia, że o czyimś zachowaniu można z góry wnioskować wyłącznie na podstawie tego, czy przychodzi sam, czy w parze.

Bo przecież celem nie powinno być samo ograniczanie komukolwiek dostępu. Celem powinno być stworzenie miejsca, w którym ludzie czują się swobodnie, bezpiecznie i wiedzą, czego mogą od siebie nawzajem oczekiwać.

A gdzie w tym wszystkim jesteśmy my?

No dobrze, przejdźmy teraz od ogólnych rozważań do naszej konkretnej sytuacji. Bo przecież od czegoś ta cała dyskusja się zaczęła.

Przypomnę: zapowiedzieliśmy powstanie nowych stron, które mają odpowiadać na zainteresowania części naszej społeczności. Jedna z nich ma mieć bardziej swobodny charakter, dawać przestrzeń na publikowanie odważniejszych zdjęć i pozwalać na rozmowy o tematach, które niekoniecznie pasują do profilu portalu naturystycznego. Jednocześnie chcemy, aby była to społeczność tworzona z myślą o parach i samotnych kobietach.

I właśnie ten ostatni element wywołał dyskusję.

Dlaczego takie zasady? Dlaczego para może, samotna kobieta może, a samotny mężczyzna już nie? Czy to oznacza, że z góry zakładamy, że każdy samotny pan będzie zachowywał się niewłaściwie?

Nie. Absolutnie nie o to chodzi.

Nasza decyzja nie jest oceną każdego potencjalnego użytkownika z osobna. Nie znamy przecież wszystkich osób, które mogłyby być zainteresowane dołączeniem. Nie wiemy, kto byłby świetnym członkiem społeczności, kto wniósłby do niej dużo pozytywnej energii, a kto być może nie odnalazłby się w jej charakterze.

Nie próbujemy też tworzyć rankingu ludzi, w którym para znajduje się wyżej niż singiel, a singielka ma jakieś szczególne przywileje. To nie jest konkurs na lepszy czy gorszy typ użytkownika.

Chodzi o coś znacznie prostszego: chcemy stworzyć konkretną społeczność o określonym charakterze, atmosferze i zasadach funkcjonowania.

I tutaj warto przypomnieć sobie pewną rzecz. Nie każda przestrzeń musi być przeznaczona dla każdego. Właściciel restauracji decyduje, jaki charakter chce mieć jego lokal. Organizator imprezy decyduje, kto może wziąć w niej udział. Klub decyduje, jakie zasady obowiązują jego członków. Tak samo administrator społeczności decyduje, jaką społeczność chce stworzyć.

Możemy się z tymi decyzjami zgadzać albo nie. Możemy uznać, że dane zasady są dla nas atrakcyjne, albo stwierdzić, że to nie jest miejsce dla nas. Ale sam fakt, że jakaś społeczność ma określone kryteria uczestnictwa, nie oznacza jeszcze, że jej twórcy wystawiają wszystkim osobom spoza tej grupy negatywną ocenę.

Przecież jeśli ktoś organizuje spotkanie dla par, nie oznacza to automatycznie, że nie lubi osób samotnych. Jeśli klub tworzy przestrzeń dla kobiet, nie musi to oznaczać, że uważa mężczyzn za ludzi gorszych. A jeśli my decydujemy się na określony model nowej strony, nie jest to deklaracja, że samotni mężczyźni są źli, niepożądani czy z definicji podejrzani.

To po prostu wybór dotyczący funkcjonowania tego konkretnego miejsca.

Oczywiście zdajemy sobie sprawę, że nie każdemu taka decyzja się spodoba. Ktoś może poczuć się pominięty, ktoś inny uzna ją za niesprawiedliwą. Mamy świadomość, że z perspektywy samotnego mężczyzny może to wyglądać inaczej niż z perspektywy osoby, która chce uczestniczyć w społeczności o takim właśnie charakterze.

I nie zamierzamy udawać, że te odczucia nie istnieją.

Ale tworząc nowe miejsce, musimy odpowiedzieć sobie na pytanie, jaką atmosferę chcemy w nim budować, do kogo kierujemy jego ofertę i jakie zasady będą temu służyć. Nie możemy podejmować każdej decyzji wyłącznie po to, aby nikt nigdy nie poczuł się pominięty. Wtedy trudno byłoby stworzyć jakąkolwiek społeczność o wyraźnym profilu.

Dlatego nasza decyzja nie jest wyrokiem na samotnych mężczyzn. Nie jest też próbą ocenienia każdego z nich, zanim zdąży się przedstawić.

Jest decyzją organizacyjną dotyczącą miejsca, które chcemy stworzyć. I właśnie w takich kategoriach warto ją rozpatrywać.

Najbardziej niesprawiedliwe jest czasami właśnie to, że normalni ludzie ponoszą konsekwencje zachowania innych

I tutaj dochodzimy chyba do najbardziej niewygodnej części całej tej dyskusji.

Bo przecież samotny mężczyzna może być zupełnie w porządku.

Może być świetnym naturystą. Może znać zasady, szanować cudzą prywatność, nie robić zdjęć bez zgody, nie zaczepiać innych i doskonale rozumieć, że nagość nie jest zaproszeniem do przekraczania czyichś granic.

Może być człowiekiem, z którym naprawdę miło spędza się czas.

Może być dokładnie takim użytkownikiem, jakiego każda społeczność chciałaby mieć.

A mimo to może pewnego dnia usłyszeć: „Przykro nam, ale w tym miejscu obowiązują inne zasady”.

I trudno oczekiwać, że taki człowiek wzruszy ramionami i powie: „No cóż, rozumiem”. Może przecież pomyśleć: „Ale dlaczego ja mam odpowiadać za zachowanie innych?”

I szczerze mówiąc — jest w tym pytaniu sporo racji.

To właśnie jest ta część problemu, której nie powinniśmy zamiatać pod dywan.

Bo kiedy tworzymy zasady dotyczące całej kategorii osób, zawsze istnieje ryzyko, że dotkną one również tych, którzy sami nigdy nie zrobili niczego złego. Człowiek kulturalny może ponieść konsekwencje zachowania człowieka, którego nigdy nawet nie spotkał.

To z natury rzeczy nie jest przyjemne.

I dlatego rozumiem, dlaczego samotny mężczyzna może odebrać takie ograniczenie bardzo osobiście. Może mieć poczucie, że został oceniony, zanim ktokolwiek zdążył go poznać.

Tyle tylko, że z drugiej strony organizator nie zawsze podejmuje decyzję na podstawie oceny konkretnego człowieka. Czasami podejmuje ją na podstawie doświadczeń z całą społecznością i próbuje przewidzieć, jak określone zasady wpłyną na funkcjonowanie miejsca.

To trochę jak z zamkiem w drzwiach.

Zamek nie jest przecież dowodem na to, że właściciel uważa każdego przechodnia za złodzieja. Jest po prostu rozwiązaniem mającym chronić określoną przestrzeń. Oczywiście można dyskutować, czy dany zamek jest potrzebny, czy jest zbyt mocny i czy istnieje lepszy sposób zabezpieczenia drzwi.

Ale trudno powiedzieć, że samo jego istnienie oznacza nienawiść do wszystkich ludzi stojących po drugiej stronie.

Podobnie może być z zasadami społeczności.

Czy to jest przyjemne? Nie.

Czy zawsze jest idealnie sprawiedliwe? Też nie.

Ale czy zawsze można nazwać to zwykłą niechęcią do mężczyzn? To już zdecydowanie bardziej skomplikowane.

Bo czasami za taką zasadą nie stoi przekonanie: „Nie lubimy takich ludzi”.

Czasami stoi za nią znacznie mniej efektowna, ale bardziej praktyczna myśl: „Chcemy stworzyć określone miejsce i uważamy, że właśnie takie zasady najlepiej pomogą nam utrzymać jego charakter”.

I być może właśnie tutaj warto zakończyć automatyczne przypisywanie złych intencji.

Możemy uważać daną zasadę za niesprawiedliwą. Możemy się z nią nie zgadzać. Możemy nawet uważać, że organizator znalazłby lepszy sposób rozwiązania problemu.

Ale to jeszcze nie musi oznaczać, że organizator kieruje się niechęcią do ludzi, których dana zasada obejmuje.

A to bardzo ważne rozróżnienie.

Bo można krytykować zasadę, nie oskarżając przy tym wszystkich, którzy ją stworzyli, o złe intencje.

Nie pytajmy tylko: „Dlaczego mnie nie wpuszczają?”

Być może właśnie tutaj warto zmienić trochę perspektywę.

Kiedy człowiek dowiaduje się, że nie może wejść do jakiejś społeczności, klubu czy na określoną imprezę, pierwsza myśl jest zupełnie naturalna:

„Dlaczego mnie wykluczają?”

I trudno się temu dziwić. Zwłaszcza jeśli sami nigdy nie zrobiliśmy niczego złego. Możemy wtedy czuć złość, rozczarowanie albo zwyczajnie poczucie niesprawiedliwości.

Ale może warto zadać sobie również kilka innych pytań.

„Dlaczego właściciel tej przestrzeni uważa, że taka zasada jest potrzebna?”

Nie po to, żeby od razu przyznać mu rację. Po prostu po to, żeby zrozumieć jego punkt widzenia.

Bo za każdą zasadą stoją jakieś powody. Czasami są bardzo dobre. Czasami dyskusyjne. Czasami wynikają z wieloletnich doświadczeń, a czasami z obawy przed problemami, które dopiero mogą się pojawić.

Dlatego warto zapytać również:

„Jakie doświadczenia doprowadziły do powstania takiej zasady?”

Być może organizator miał wcześniej konkretne problemy. Być może wielokrotnie musiał reagować na niewłaściwe zachowania. Być może próbował wcześniej bardziej otwartego modelu i z jakiegoś powodu przestał on działać.

A być może po prostu uznał, że chce stworzyć społeczność o bardzo konkretnym charakterze i wybrał rozwiązanie, które jego zdaniem najlepiej temu służy.

Dopiero znając te powody, możemy sensownie dyskutować o tym, czy dana zasada rzeczywiście jest potrzebna i czy istnieją lepsze sposoby rozwiązania problemu.

Ale jest jeszcze jedno pytanie, które moim zdaniem warto zadać.

Trochę trudniejsze.

„Czy mogę zrobić coś, żeby ludzie przestali postrzegać moją grupę jako potencjalne źródło problemu?”

Bo jeżeli część samotnych mężczyzn rzeczywiście zachowuje się w sposób, który powoduje dyskomfort innych uczestników, to przecież właśnie oni — jako pierwsi — mają możliwość zmiany tego obrazu.

Nie poprzez przekonywanie wszystkich dookoła, że „przecież jesteśmy normalni”.

Tylko poprzez zachowanie.

Poprzez szanowanie granic. Nie robienie zdjęć bez zgody. Nie narzucanie kontaktu. Przyjmowanie odmowy bez obrażania się. Nie traktowanie każdej nagiej kobiety jak potencjalnej partnerki czy obiektu zainteresowania. I przede wszystkim poprzez pokazanie, że samotny mężczyzna może być po prostu kolejnym normalnym członkiem społeczności.

Być może jedna taka osoba niewiele zmieni.

Ale dziesięć, pięćdziesiąt czy sto osób zachowujących się w ten sposób już może zacząć zmieniać doświadczenia całej społeczności.

I wtedy być może z czasem zmienią się również zasady.

Nie zawsze.

Nie wszędzie.

Ale czasami właśnie tak powstaje zaufanie — nie przez żądanie, żeby inni zaufali nam z góry, tylko przez kolejne sytuacje, w których pokazujemy, że można nam zaufać.

Dlatego zamiast zatrzymywać się wyłącznie na pytaniu:

„Dlaczego mnie wykluczają?”

spróbujmy czasami zadać również pytanie:

„Co sprawiło, że ktoś uznał takie ograniczenie za potrzebne?”

A potem jeszcze jedno:

„Co możemy zrobić, żeby następnym razem nie było już powodu, aby takie ograniczenie uważać za konieczne?”

To chyba znacznie bardziej konstruktywna rozmowa niż samo przerzucanie się słowem „dyskryminacja”.

Bo jeśli rzeczywiście chcemy, żeby pewne drzwi były dla nas otwarte, czasami warto nie tylko pytać, dlaczego zostały zamknięte.

Warto również zastanowić się, co możemy zrobić, żeby ktoś po drugiej stronie sam chciał je ponownie otworzyć.

Zakończenie – nie wojna z singlami

I chyba w tym miejscu warto powiedzieć to już całkiem wprost.

Ten felieton nie jest wojną z samotnymi mężczyznami.

Nie jest też próbą udowodnienia, że każdy samotny pan stanowi potencjalny problem. Byłoby to zwyczajnie niesprawiedliwe i zwyczajnie nieprawdziwe.

Wielu samotnych panów znamy, lubimy i szanujemy.

Są wśród nich nasi użytkownicy, nasi znajomi, ludzie, z którymi rozmawiamy, żartujemy, spotykamy się i których obecność w świecie naturystycznym jest dla nas czymś zupełnie naturalnym. Znamy takich mężczyzn, którzy potrafią być świetnymi kompanami, doskonale rozumieją granice innych ludzi i nie potrzebują żadnych specjalnych instrukcji, żeby zachowywać się z kulturą.

I właśnie dlatego uważam, że warto o tym rozmawiać normalnie.

Bez obrażania się.

Bez wrzucania wszystkich do jednego worka.

Bez automatycznego zakładania złych intencji.

I przede wszystkim — bez natychmiastowego rzucania słowem „dyskryminacja” za każdym razem, kiedy jakaś społeczność ustala inne zasady dla różnych grup.

Bo można uważać konkretną zasadę za niesprawiedliwą. Można się z nią nie zgadzać. Można proponować inne rozwiązania. Można pytać organizatora, czy naprawdę nie da się tego zrobić inaczej.

Ale zanim wydamy ostateczny wyrok, warto spróbować zrozumieć drugą stronę.

Bo jeżeli chcemy zrozumieć, dlaczego pewne drzwi są czasami zamykane przed całą grupą, musimy najpierw spróbować zrozumieć, dlaczego ktoś te drzwi zamknął.

Być może okaże się, że powód jest sensowny.

Być może okaże się, że jest dyskusyjny.

Być może okaże się nawet, że organizator po prostu znalazł najprostsze rozwiązanie problemu, który można było rozwiązać inaczej.

Ale dopiero wtedy mamy o czym naprawdę rozmawiać.

I dokładnie tak samo jest z naszą decyzją dotyczącą nowej strony.

Nie tworzymy jej po to, żeby powiedzieć samotnym mężczyznom: „nie jesteście mile widziani, bo jesteście gorsi”.

Nie.

Tworzymy ją z określonym pomysłem na społeczność. Chcemy konkretnej atmosfery, określonego sposobu funkcjonowania i przestrzeni, w której określone osoby będą czuły się swobodnie.

Dlatego nasza decyzja nie jest deklaracją:

„Samotni mężczyźni są problemem”.

Jest deklaracją:

„Taką społeczność chcemy stworzyć i takie zasady przyjęliśmy”.

I chyba właśnie tę różnicę chciałam tym felietonem pokazać.

Nie wszystko, co komuś się nie podoba, jest dyskryminacją.

Ale też nie wszystko, co jest formalnie dozwolone organizatorowi, musi być automatycznie idealnym rozwiązaniem.

Dlatego rozmawiajmy.

Pytajmy.

Dyskutujmy.

Możemy się nawet nie zgadzać.

Ale spróbujmy nie zaczynać tej rozmowy od oskarżenia, tylko od próby zrozumienia.

Bo czasami za zamkniętymi drzwiami nie stoi niechęć do ludzi.

Czasami stoi po prostu ktoś, kto próbuje urządzić swoje miejsce po swojemu.

A skoro już jesteśmy po obu stronach tych drzwi, to może zamiast od razu walić w nie pięścią, warto najpierw zapukać i zapytać:

„Dlaczego są zamknięte?”

  • Więcej
Komentarze (1)
    • Jak zwykle ciekawy felieton. Już w tym temacie pisałem komentarz, więc częściowo się powtórzę, ale skoro dyskusja to dyskutujmy.

      Żyję w szczęśliwym związku już od kilkunastu lat. Jest w tym związku pełne zrozumienie dla nagości, akceptacja tego, odwiedzałem z żoną i plażę nudystów i klub dla swingersów. Ale zazwyczaj żona nie ma czasu albo też nie czuję potrzeby uczestnictwa w społeczności naturystycznej czy innej, takiej powiązanej ze sferą seksu. W związku z tym często nie mam partnerki do wyjścia na saunę/nagą plażę (do klubów bez żony mnie nie ciągnie). Występuje tam zatem jakbym był singlem. Tak jak na tej stronie mam konto tylko ja. A ponieważ jestem w klimacie od bardzo wielu lat to rozumiem restrykcje, które wprowadza się względem samotnych mężczyzn. Niektóre, jak wycofane już wtorki dla kobiet w Aquaparku Wrocław mi się nie podobały bo w saunarium istniała już wydzielona strefa dla kobiet, inne gorąco popieram. I tu nie ma co za dużo dywagować. Miejsca z nagością przyciągają erotomanów/zboczeńców i ci mają w 99% przypadków płeć męską. Więc oczywistym jest, że czasem jedynym sposobem na zapewnienie spokoju kobietom jest ograniczenie lub wyeliminowanie obecności samotnych facetów. I zamiast obrażania się lepiej pomyśleć, jak się jest facetem, co robię i co mogę zrobić żeby poprawić sytuację. Czy zwracam uwagę tym, którzy zachowują się niewłaściwie? Czy samemu czasem mnie nie ponosi?

      I jeszcze jedna rzecz: prawda jest taka, że najczęstszym powodem niezadowolenia singli których gdzieś nie wpuszczą nie jest to, że czują się dyskryminowani, tylko to, że sobie nie pooglądają. Naprawdę ktoś uważa, że jakąś dyskryminacją jest niewpuszczenie singli na ten nowopowstający portal? Albo, że do jakiegoś klubu swingerskiego nie wpuszczają singli? Gdzie jest tutaj strata tych "dyskryminowanych" inna niż widoki? Dyskryminacją jest to, gdy nie dostajemy czegoś co nam się należy, i dzieje się tak ze względu na czynnik dyskryminacji (w tym wypadku płeć). I co jest bardziej "nie fair": to, że gdzieś nie wpuszczą singla czy to, że inni będą się czuli gorzej, że ten singiel tam jest?

      Reasumując, nie ma co płakać nad faktem jak traktowani są samotni faceci w miejscach nagości czy seksu. Sami, jako mężczyźni, jesteśmy sobie winni. I pierwszym miejscem gdzie powinniśmy szukać winnych jest lustro. Drugim najbliższe otoczenie. Daleko, daleko dalej system i stereotypy. Bo skoro to jest portal dla naturystów, a ja widzę pod każdym zdjęciem atrakcyjnej nagiej kobiety spermiarskie komentarze, to mamy obraz tego, jak wygląda rzeczywistość gdzie ludzie nie deklarują się jako naturyści.

      Zaloguj się lub Załóż konto aby zobaczyć lub skomentować tę treść.
      Popularne wpisy
      Reklama