·   ·  64 wpisów
  •  ·  44 znajomych
  • 65 obserwujących

Mundial vs. naturyzm, czyli jak Admin przestał adminować

Mówią, że piłka nożna łączy ludzi. U mnie w domu… chwilowo rozdziela. Ten tekst powstał, bo jako Adminka muszę się oficjalnie pożalić. Nie na użytkowników. Nie na pogodę. Nawet nie na internet. Na Admina. Człowieka, z którym prowadzę stronę naturystyczną, dzielę obowiązki… i który od kilku dni dzieli swoją uwagę głównie między ekran a 22 facetów biegających za piłką. Bo wiecie — według systemu jest „online”. W praktyce? Rusza myszką raz na jakiś czas między rzutem rożnym a spalonym. Mecze lecą codziennie. Dwa. Trzy. Od 18:00 do późnej nocy. A ja zaczynam się zastanawiać, czy większą konkurencją jest dla mnie jego praca… czy jednak mundial. I powiem tylko tyle: próbowałam nawet wygrać z tym… w seksownej bieliźnie. Spoiler? Nie było dogrywki. Zapraszam do mojego małego felietonu o tym, jak wygląda życie Adminki w czasie mistrzostw świata w piłce nożnej :)

Oficjalne „żalenie się”

„Ten tekst powstaje, ponieważ postanowiłam się oficjalnie pożalić.

Tak, wiem — powinnam zachować profesjonalizm. W końcu razem prowadzimy stronę naturystyczną. Mamy misję. Edukujemy. Inspirujemy. Pokazujemy dystans do ciała i do świata.

A tymczasem ja… siedzę na kanapie i patrzę, jak mój chłop od ponad tygodnia prowadzi bardzo intensywne życie… pilota od telewizora.

Nie rozumiem tego zjawiska. Naprawdę próbowałam. Pytałam:

– Kto gra?

– Dlaczego oni tak biegają?

– Czemu to trwa półtorej godziny, skoro 22 dorosłych ludzi biega za jedną piłką i tylko jeden może być z niej naprawdę zadowolony?

Odpowiedzi były długie, pełne emocji i kompletnie dla mnie niezrozumiałe.

Za to jedno rozumiem doskonale:

– pranie samo się nie zrobi,

– śmieci same się nie wyniosą,

– a romantyczna atmosfera w sypialni… no cóż, najwyraźniej też ma przerwę techniczną między jedną połową a drugą.

I teraz najlepsze:

My naprawdę powinniśmy być zorganizowani.

Podzieleni obowiązkami.

Zgrani jak… no właśnie, jak drużyna.

Powinniśmy.

Ale mamy mundial.” :)

Konflikt – mundial wkracza w świat naturyzmu

To miał być spokojny, poukładany świat. Nasz świat.

Naturyzm – czyli spokój, ciało, uważność, normalny rytm pracy i życia.

I nagle wchodzi on. Cały na biało… a właściwie w barwach drużyn narodowych.

Mundial.

Nagle wszystko się zmienia.

Zamiast ciszy mamy krzyki.

Zamiast rozmów – „Ooooo!” i „NIEEEE!”.

Zamiast skupienia – emocje, piwo i absolutny brak reakcji na cokolwiek, co nie ma zielonej murawy.

A najciekawsze jest to, że mój facet – oficjalnie Admin naszej strony – wciąż figuruje jako „aktywny”.

Teoretycznie pracuje.

Praktycznie… on prowadzi bardzo intensywne życie wewnętrzne. Wpatrzone w ekran.

Czasem tylko poruszy myszką. Tak symbolicznie.

Jakby chciał powiedzieć światu: „Tak, jestem. Istnieję. Nie wylogowałem się… jeszcze.”

Ja to nawet zaczęłam dokumentować.

Bo mamy tu klasyczny przypadek rozbieżności systemowej:

Na stronie: aktywny.

W rzeczywistości: 78 minuta i rzut rożny.

I teraz dowody:

– wiadomości pozostają bez odpowiedzi w czasie, który wcześniej uznalibyśmy za „normalny dzień roboczy”

– w mieszkaniu pojawiają się dziwnie długie momenty ciszy, przerywane tylko reakcjami typu „oooo!”

– słowo „zaraz” zaczęło funkcjonować jako jednostka czasu nieznana nauce – zwykle około 45 minut, czasem dłużej, zależnie od przebiegu meczu

Najbardziej fascynujące jest to, że w tym wszystkim on naprawdę uważa, że nadal „jest w pracy”.

A ja już wiem jedno:

to nie jest brak zaangażowania.

To jest stan mundialowy.

Skala problemu – ile trwa ten dramat

Na początku wydawało się, że to będzie „tylko kilka meczów”.

Takie sportowe wydarzenie, trochę emocji, trochę krzyków i… powrót do normalności.

Tyle teorii.

W praktyce wygląda to tak, że mamy 2–3 mecze dziennie.

Każdy z nich zaczyna się niewinnie, około 18:00 – jeszcze przy świetle dziennym, jeszcze z resztkami nadziei na spokojny wieczór.

A potem czas przestaje mieć znaczenie.

Bo jeden mecz kończy się i natychmiast zaczyna się „ten następny ważny”.

A ten następny jakoś dziwnie zawsze okazuje się być „kluczowy dla układu grupy”, „o wszystko” albo „historyczny”.

I tak to się rozciąga.

Wieczór Adminki wygląda teraz jak mały serial katastroficzny:

– 18:00: „ok, obejrzy jeden mecz i wraca do życia”

– 20:00: „dobrze, może jeszcze ten drugi, skoro już jesteśmy w temacie”

– 22:00: „czy to jest trzeci mecz dzisiaj, czy ja już żyję w pętli?”

– 00:30: „czy oni naprawdę mogą jeszcze grać dogrywkę?”

– 01:10: „…i karne. Oczywiście.”

Bo zawsze teraz prawie są jeszcze karne.

I wtedy człowiek zaczyna się zastanawiać, czy to nadal jest sport, czy już osobny tryb życia.

A najlepsze podsumowanie tej nowej rzeczywistości jest bardzo proste:

„Zaczyna się o 18:00. Kończy, kiedy ja już śpię albo już dawno funkcjonuję w trybie ‘nie pytaj mnie o nic’”

Dom – życie z Adminem w trybie mundialowym

Dom w czasie mundialu zaczyna działać według zupełnie nowych zasad fizyki.

Czas nie płynie liniowo. On płynie między meczami.

Ja próbuję utrzymać normalność. On próbuje utrzymać wynik.

I gdzieś pomiędzy tym wszystkim odbywają się nasze rozmowy.

Ja: „Zrobisz coś?”

On: „W przerwie.”

Ja: „Której?”

(cisza, bo akurat trwa akcja ofensywna, która ma większy priorytet niż egzystencjalne pytania)

I tak wygląda większość interakcji.

Zaczęłam zauważać ciekawe zjawisko.

On potrafi bez problemu wymienić skład dwóch drużyn, rezerwowych, a nawet trenera sprzed kilku lat.

Wie, kto ma kontuzję, kto wrócił po przerwie, kto „jest w formie życia”.

Zna nazwiska, statystyki, historię dziadka rezerwowego bramkarza

Ale kiedy pytam:

– co mamy w lodówce

– albo gdzie jest cokolwiek, co nie jest pilotem

następuje reset systemu.

Jakby jego pamięć operacyjna działała wyłącznie w trybie: murawa + wynik + powtórki VAR.

Statystyki? Oczywiście.

Historie meczów? Bez problemu.

Lista zakupów? Błąd 404.

I wtedy dochodzę do bardzo prostej obserwacji:

„On nie ignoruje mnie celowo. On po prostu… nie istnieje poza boiskiem.”

22 facetów i ja – nierówna rozgrywka

W pewnym momencie postanowiłam przeprowadzić własny eksperyment badawczy.

Skoro nie mogę wygrać z mundialem siłą argumentów, spróbuję metodą… atrakcyjności.

Tak zwany test praktyczny.

Etap pierwszy: seksowna bielizna.

Etap drugi: subtelne zaczepki.

Etap trzeci: kombinacja pierwszego i drugiego, czyli wersja „na naukowe zwiększenie próby”.

Wynik?

Stabilny. Powtarzalny. I niestety niekorzystny dla mnie.

– „Zaraz.”

– „Tylko akcja.”

– „Czekaj, ważny moment.”

I tak w kółko.

Zaczęłam podejrzewać, że problemem nie jest skuteczność metody… tylko konkurencja.

Bo jak tu rywalizować z 22 facetami biegającymi za jedną piłką, przy pełnej widowni i komentarzu na żywo?

W pewnym momencie dotarło do mnie coś bardzo prostego:

„Przegrałam z 22 facetami biegającymi za piłką.”

I żeby było jasne — oni nawet nie wiedzą, że w ogóle byli w jakimś wyścigu.

Na koniec zostało tylko jedno, klasyczne już stwierdzenie, które chyba najlepiej podsumowuje cały ten etap:

„Dogrywka? Owszem. Ale tylko na boisku.”

Jak zostałam komarem w własnym domu

W pewnym momencie postanowiłam działać bardziej bezpośrednio.

Skoro subtelność nie działa, to może chociaż kontakt fizyczny przebije się przez mur mundialowej rzeczywistości.

Próbuję więc wejść w interakcję.

Dotykam.

Zagaduję.

Pojawiam się w zasięgu wzroku z tą samą determinacją, z jaką on śledzi kontrę w 87. minucie.

Reakcja?

Automatyczna. Odruchowa. Wyćwiczona.

Ręka robi gest, który znam już bardzo dobrze — taki sam, jakim odgania się komary latem.

Bez złości. Bez emocji. Po prostu… „nie teraz”.

Jakby mózg miał jeden aktywny proces i absolutnie nie przewidział w nim dodatkowych użytkowników.

I wtedy dociera do mnie coś, co jest jednocześnie zabawne i trochę przerażające:

„Jeszcze chwila i zacznie mówić: ‘nie teraz, bo ważny mecz’, zanim w ogóle coś powiem.”

Eksperyment – oglądamy razem

W pewnym momencie postanowiłam podejść do tematu naukowo.

Skoro nie mogę wygrać z mundialem, to przynajmniej spróbuję go zrozumieć.

Siadam więc obok niego.

Oficjalnie: „oglądamy razem mecz”.

Nieoficjalnie: „badanie zjawiska przejęcia świadomości przez piłkę nożną”.

Na początku wszystko wyglądało niewinnie.

Ekran. Murawa. Emocje. On skupiony. Ja jeszcze pełna nadziei.

Po pięciu minutach zaczęły się pytania.

– „Dlaczego oni się przewracają co chwilę?”

– „Czemu ten pan krzyczy, skoro nikt go nie dotknął?”

– „Ile oni mają jeszcze tych połówek?”

Każde kolejne pytanie powodowało u Admina lekki wzrost napięcia.

Najpierw cierpliwe tłumaczenie. Potem skrócone wersje tłumaczeń.

Aż w końcu tylko spojrzenia pełne egzystencjalnego zmęczenia.

Ja próbowałam naprawdę.

Słuchałam. Patrzyłam. Udawałam, że rozumiem.

Ale im więcej on tłumaczył, tym mniej ja rozumiałam.

A im mniej ja rozumiałam, tym bardziej on próbował tłumaczyć.

I tak powstała pętla, z której nie dało się wyjść bez gwizdka końcowego.

W końcu dotarło do mnie coś bardzo prostego:

„Zrozumiałam jedną rzecz: ja nie rozumiem piłki. On nie rozumie, że ja nie rozumiem.”

Lekka refleksja – o co w tym naprawdę chodzi

W którymś momencie, między kolejnym meczem a kolejnym „zaraz”, zaczęłam patrzeć na to wszystko trochę inaczej.

Nie przez pryzmat irytacji.

Nie przez pryzmat samotnych wieczorów.

Nawet nie przez pryzmat tego, że pilot telewizora stał się ważniejszy od większości domowych relacji.

Zaczęłam widzieć coś innego.

Emocje.

Prawdziwe, intensywne, momentami absurdalnie szczere zaangażowanie.

Radość po golu, która wygląda jak małe święto.

Napięcie w ostatnich minutach, jakby od tego zależało coś więcej niż tylko wynik meczu.

I wtedy przyszła ta myśl, trochę niechciana, trochę rozbrajająca:

„Może to jego sposób na wyłączenie świata.”

Na chwilę.

Na 90 minut plus doliczony czas.

Na coś, co nie jest pracą, obowiązkami, listą rzeczy do zrobienia ani moim „czy możesz…?”.

Może to nie jest ucieczka ode mnie.

Może to ucieczka do czegoś, co w danym momencie jest prostsze.

Ale oczywiście… nie byłabym sobą, gdybym nagle stała się całkowicie wyrozumiała.

Bo nawet jeśli to wszystko zaczyna mieć sens, to nadal pozostaje jeden drobny problem:

ja też tu jestem.

I nie przewiduję, żeby „VAR emocji” miał w najbliższym czasie anulować moją obecność w tym meczu życia.

Gdy świat wraca do równowagi

Na koniec zostaje już tylko jedna, dość prosta myśl.

Może nie trzeba z tego robić wojny.

Może nie trzeba liczyć punktów, przewag i strat.

Bo to wszystko i tak jest tylko etapem.

Sezonem, który ma swój początek, intensywny środek i nieunikniony koniec.

Mundial ma to do siebie, że potrafi całkowicie zawładnąć światem…

ale tylko na chwilę.

A potem wszystko wraca.

Dlatego dziś mogę powiedzieć to z lekkim uśmiechem, bez pretensji, bez dramatu:

„Może i przegrywam z mundialem. Ale tylko tymczasowo.”

A jak to u Was wygląda w domu w czasie wielkich turniejów i sportowych emocji?

Czy też macie wrażenie, że pilot od telewizora przejmuje wtedy pełnię władzy, a rozmowy trzeba planować w przerwach między połowami?

Dziewczyny — dajcie znać, czy u Was też „mundial” albo inne sportowe sezony potrafią tak skutecznie zmienić domową rzeczywistość :)

A może macie na to swoje sposoby… albo własne „małe zemsty i rewanże”? :)

  • Więcej
Komentarze (9)
    • Haha ... a to mamy teraz jakiś mundial? A co to niby jest?

      • Lubię żużel mniej piłka nożna ,to dlaczego nie ogląda mundialu w skrócie canal + online ja tak oglądam ,

      • No ja pier.... :) Żeby tak przed wszystkimi "prać"? Celina DO DOMU ! :)

      • Tak sobie myślę, że to trochę takie zmyślone... No bez przesady... Facet nie odszedł by od telewizora na zachętę z sypialni?

        Ja to w ogóle nie rozumiem tej fascynacji sportem. Jestem jakiś inny. Piłkę kopałem w podstawówce a teraz nawet nie mam telewizora... Nie wiem kto jest na podium w jakiej dyscyplinie (popieram tylko kibiców w innych działaniach)...

        Ale na pocieszenie napiszę, że to może nie takie straszne. Mundial się kiedyś kończy a wódka w sklepie jest zawsze. Może lepszy taki problem sezonowy...

        • RE:..."Tak sobie myślę, że to trochę takie zmyślone... No bez przesady... Facet nie odszedł by od telewizora na zachętę z sypialni?"

          Wybacz, ale trochę Cię nie rozumiem jako kobieta z wieloletnim stażem w związku. Mój facet nie jest 20 letnim kawalerem aby rezygnował z meczu na rzecz uprawiania seksu, ponieważ ponowna okazja może mu się zdarzyć np. za pół roku.

          Teraz możesz sobie to jakoś wyobrazić, że jak żyjesz z chłopem np. 20 lat i on ma tego miodu pod dostatkiem to może sobie pozwolić opuścić kilka "zabaw"? :)

          Zresztą. Sam piszesz: Ja to w ogóle nie rozumiem tej fascynacji sportem. I to chyba załatwia resztę sprawy mojego tłumaczenia w kwestii, co się działo przez miesiąc u mnie w domu :)

          I na koniec. Może faktycznie trochę przesadziłam z tym moim "płakaniem" na ten temat w felietonie bo tak naprawdę nic takiego się nie stało przez te mecze u mnie w domu, ponieważ szanuję zainteresowania mojego faceta. Wolę aby oglądał te wydarzenia w domu i może nawet odmawiał czasami zabawy, niż miałabym czekać na niego aż wróci podpity z Pubu gdzie oglądał mecze z koleszkami :)

        Zaloguj się lub Załóż konto aby zobaczyć lub skomentować tę treść.
        Popularne wpisy