- · 58 znajomych
-
79 obserwujących
Nagość nagością, ale… czy plaża to sypialnia?
Ten felieton zaczęła pisać pewna para…
Czasami temat na felieton trzeba długo wymyślać. Przegląda się pomysły, zastanawia, o czym by tu napisać, szuka czegoś, co zainteresuje naszych czytelników. A czasami wystarczy… przeczytać jeden z wpisów na naszej stronie. 😉
Tak właśnie było tym razem.
Para naszych użytkowników, „para_para”, opisała ostatnio sytuację, która przydarzyła im się podczas tegorocznych wakacji na jednej z nadmorskich plaż naturystycznych. Nie będę przytaczać całego wpisu, bo zainteresowanych odsyłam po prostu do dyskusji pod nim, ale najważniejszy fragment brzmiał mniej więcej tak:
„Wchodzimy na plażę, idąc wzdłuż szukamy dobrego miejsca (...) i widzimy parę, leżą obok siebie i tu sytuacja, której się nie spodziewaliśmy. Delikatnie mówiąc zabawiają się jak w sypialni (...) Co sądzicie? Gdzie jest granica? Czy granica powinna być taka jak na tekstylnej plaży? Czy może ze względu na fakt, że jesteśmy nadzy, to jednak powinna być inna?”
No i przyznam szczerze — przeczytałam ten wpis i pomyślałam: właściwie to jest świetny temat na felieton.
Bo pytanie wcale nie jest tak banalne, jak mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać.
Gdzie tak naprawdę kończy się naturystyczna swoboda, a zaczyna zachowanie, którego nie powinniśmy fundować przypadkowym ludziom? Czy nagość sprawia, że pewne granice przesuwają się choćby o milimetr? Czy na plaży naturystycznej powinniśmy być bardziej tolerancyjni wobec intymnych zachowań? A może wręcz przeciwnie — właśnie dlatego, że chcemy, aby naturyzm był traktowany jako coś normalnego, powinniśmy szczególnie pilnować granicy między nagością a seksualnością?
I jest jeszcze jedno pytanie, chyba najciekawsze ze wszystkich:
Czy można czuć się całkowicie swobodnie w naturystycznym miejscu, jednocześnie nie odbierając tej swobody innym?
To właśnie nad tym chciałabym się dzisiaj trochę zastanowić.
I od razu uprzedzam — nie będzie to felieton napisany z pozycji moralizatorki, która zaraz wyciągnie regulamin i zacznie odmierzać linijką, ile sekund można się całować na plaży. 😄
Bo sama mam w tej kwestii swoje doświadczenia, swoje upodobania i… swoje grzeszki. Ale o tym za chwilę. 😉
No dobrze, ale przecież naturyści też uprawiają seks
Zanim zaczniemy kogokolwiek oceniać, ustalmy jedną rzecz: naturyści też są ludźmi. Mają związki, emocje, pożądanie, zakochują się, flirtują, całują i oczywiście uprawiają seks. Sam fakt, że ktoś lubi chodzić nago, nie sprawia przecież, że jego życie intymne magicznie znika. 😉
Dlatego nie zamierzam tutaj udawać świętej i pisać z pozycji osoby, która na słowo „seks” natychmiast zasłania oczy.
Wręcz przeciwnie.
Sama bardzo lubię kochać się na łonie natury.
I nie chodzi mi wyłącznie o tę odrobinę spontaniczności, która sprawia, że taka chwila może być zupełnie inna niż cztery ściany własnej sypialni. Jest w tym coś, co naprawdę trudno opisać komuś, kto nigdy tego nie doświadczył.
Kontakt z naturą potrafi dawać niesamowite poczucie bliskości — nie tylko z drugą osobą, ale również z samym otoczeniem. Szum drzew, wiatr, zapach lasu, ciepło słońca, odgłosy ptaków, gdzieś w pobliżu morze albo jezioro… Nagle człowiek przestaje mieć wrażenie, że znajduje się w „pomieszczeniu przeznaczonym do konkretnej czynności”. Jest przestrzeń, jest natura i jest druga osoba.
Dla mnie właśnie to jest w tym najpiękniejsze.
Jest też coś pierwotnego i bardzo spontanicznego. Człowiek przez chwilę odrywa się od codzienności, od czterech ścian, obowiązków, telefonu, zegarka i całej tej naszej cywilizowanej układanki. Zostaje po prostu dwoje ludzi i natura.
I tak — to może być naprawdę wyjątkowe doświadczenie.
Ale…
No właśnie. Tutaj dochodzimy do tego małego, choć bardzo ważnego „ale”.
To, że ja lubię coś robić, nie oznacza, że inni ludzie mają obowiązek w tym uczestniczyć. Nawet jeśli uczestnictwo ogranicza się wyłącznie do… bycia przypadkowym widzem. 😉
Dlatego jeżeli decyduję się na intymność na łonie natury, robię to z głową. Wybieram miejsce odosobnione, w którym nie narażam przypadkowych osób na oglądanie czegoś, czego wcale oglądać nie chciały. Nie robię tego na środku publicznej plaży, wśród innych wypoczywających, ani w miejscu, w którym świadomie wystawiałabym innych na taką sytuację. I oczywiście nie ignoruję przy tym obowiązujących przepisów.
Bo dla mnie jest tutaj zasadnicza różnica:
czym innym jest przeżywanie intymnej chwili blisko natury, a czym innym jest uczynienie z innych ludzi jej przypadkowej publiczności.
I właśnie ta różnica będzie chyba najważniejsza w całej naszej rozmowie.
Nie jestem więc przeciwko seksualności. Nie jestem przeciwko intymności. Nie jestem nawet przeciwko miłości przeżywanej poza sypialnią.
Jestem natomiast za tym, żeby nasza wolność miała granicę tam, gdzie zaczyna się cudzy komfort.
Bo natura jest dla wszystkich.
I nawet jeśli czasami bardzo mocno potrafi nas ponieść… warto pamiętać, że nie jesteśmy w niej sami. 😉
Jest tylko jeden mały szczegół — inni ludzie
No dobrze. Skoro już przyznałam, że sama lubię czasami zamienić cztery ściany sypialni na trochę bardziej naturalną scenerię, to pojawia się pytanie: gdzie właściwie można postawić granicę?
I tutaj sprawa zaczyna się robić trochę bardziej skomplikowana.
Bo natura, choć piękna, ma jedną drobną wadę — nie jest naszą prywatną własnością. 😉
Las nie należy do nas. Plaża nie należy do nas. Jezioro, wydmy, polana czy górska ścieżka również nie są naszym prywatnym salonem. W wielu takich miejscach możemy mieć wrażenie, że jesteśmy zupełnie sami, ale wystarczy jeden spacerowicz, para szukająca miejsca na ręcznik czy rodzina wracająca z kąpieli i nagle nasza „prywatność” może okazać się mocno umowna.
Dlatego jeżeli decydujemy się na intymność na łonie natury, warto pamiętać o kilku bardzo prostych rzeczach.
Po pierwsze — miejsce.
To chyba najważniejsze. Zupełnie inaczej wygląda sytuacja w miejscu rzeczywiście odosobnionym, a inaczej na środku plaży, na której kilkadziesiąt osób właśnie rozłożyło ręczniki.
Po drugie — obecność innych ludzi.
Jeżeli w pobliżu są inni plażowicze, spacerowicze czy turyści, trudno udawać, że ich nie ma. Nawet jeśli sami nie zwracamy na nich uwagi, oni mogą zwrócić uwagę na nas. I mają do tego pełne prawo.
Po trzecie — ich komfort.
To chyba najbardziej niedoceniany element całej sprawy. Możemy mieć ochotę na spontaniczną chwilę bliskości, ale osoba siedząca kilka metrów dalej wcale nie musi mieć ochoty zostać mimowolnym widzem naszego życia intymnego.
I naprawdę nie wystarczy powiedzieć:
„Przecież może nie patrzeć.”
To trochę tak, jakbyśmy urządzili głośną imprezę pod czyimś oknem o drugiej w nocy i powiedzieli: „Jak przeszkadza, to niech zatka uszy”. 😉
Po czwarte — możliwość, że ktoś po prostu się pojawi.
Nawet najbardziej ustronne miejsce nie daje stuprocentowej gwarancji, że za chwilę nie wyjdzie zza drzewa ktoś, o kim kompletnie nie mieliśmy pojęcia.
I tutaj pojawia się bardzo ważne rozróżnienie.
Jeżeli naprawdę staraliśmy się znaleźć miejsce, w którym nikomu nie przeszkadzamy, a ktoś niespodziewanie się pojawił — trudno porównywać taką sytuację z celowym zachowaniem w miejscu, gdzie doskonale wiemy, że inni ludzie są wokół.
W pierwszym przypadku mamy nieprzewidzianą sytuację.
W drugim — świadome wystawianie innych na widok czegoś, na co wcale się nie umawiali.
I wreszcie jest jeszcze jedna rzecz, o której nie możemy zapominać:
prawo.
Natura nie jest strefą wyłączoną spod obowiązujących przepisów. To, że znajdujemy się poza czterema ścianami, nie oznacza, że wszystko, co robimy, automatycznie staje się dozwolone. Dlatego zanim uznamy, że „przecież nikogo tu nie ma”, warto pamiętać również o tym, gdzie jesteśmy i jakie zasady obowiązują w danym miejscu.
Nie chcę jednak robić z tego poradnika pod tytułem „100 najlepszych miejsc na seks w lesie”. 😄
Nie o to chodzi.
Chodzi o znacznie prostszą zasadę:
Jeżeli chcemy, żeby nasza intymność pozostała intymnością, powinniśmy wybrać takie miejsce i taką sytuację, w której mamy uzasadnione przekonanie, że nie naruszamy cudzej przestrzeni i nie wystawiamy przypadkowych osób na niechciane widoki.
I moim zdaniem właśnie tutaj zaczyna się zwykły, zdrowy rozsądek.
Bo przecież można kochać się blisko natury i jednocześnie szanować ludzi, którzy przyszli z niej korzystać zupełnie inaczej.
Jedno drugiego wcale nie wyklucza.
Plaża naturystyczna nie jest sypialnią
I tutaj wróćmy do sytuacji, od której zaczęliśmy.
Para para_para przyszła na plażę, szukając spokojnego miejsca do wypoczynku. Rozglądali się, wybierali odpowiednią lokalizację i nagle zobaczyli parę, która — jak sami napisali — „delikatnie mówiąc, zabawiała się jak w sypialni”.
No właśnie.
Czy fakt, że była to plaża naturystyczna, cokolwiek tutaj zmienia?
Moim zdaniem — nie.
Bo plaża naturystyczna, mimo że wszyscy chodzą na niej bez ubrań, nadal pozostaje miejscem wspólnego wypoczynku. Ludzie przychodzą tam poleżeć na słońcu, popływać, porozmawiać, poczytać książkę, pobawić się z dziećmi, pospacerować czy po prostu odpocząć od codzienności.
I przede wszystkim — przychodzą tam być nago.
To właśnie jest naturyzm.
Nie ma natomiast żadnej zasady mówiącej, że wraz ze zdjęciem stroju kąpielowego zdejmujemy również wszystkie inne społeczne granice. 😉
Możemy być nadzy.
Możemy leżeć obok siebie.
Możemy trzymać się za ręce.
Możemy się przytulać.
Możemy pocałować partnera.
Możemy okazywać sobie czułość.
I naprawdę nie widzę w tym absolutnie niczego niewłaściwego. Wręcz przeciwnie — byłoby trochę absurdalne, gdyby naturysta miał na plaży zachowywać się tak, jakby każde okazanie uczuć było czymś podejrzanym tylko dlatego, że oboje nie mają na sobie ubrań.
Ale jest pewna granica.
Nagość nie jest automatyczną zgodą na wszystko, co ktoś inny chciałby robić w jej obecności.
I dokładnie tak samo działa to w drugą stronę.
Jeżeli ja jestem nago, to nie oznacza, że osoba leżąca obok dostała automatycznie zaproszenie do mojego życia intymnego. Jeżeli całuję się z partnerem, nie oznacza to, że pozostali plażowicze zgodzili się oglądać coś więcej. A jeżeli para zaczyna zachowywać się w sposób jednoznacznie seksualny, to trudno już mówić wyłącznie o ich prywatnej sprawie.
Bo przestaje być wyłącznie prywatna w momencie, w którym inni ludzie zostają wciągnięci w nią jako przypadkowi widzowie.
I właśnie dlatego argument:
„Ale przecież to plaża naturystyczna!”
zupełnie mnie nie przekonuje.
Tak, to plaża naturystyczna.
Nie — to nie jest sypialnia pod gołym niebem.
I nie chodzi tutaj o pruderię. Nie chodzi o udawanie, że seks nie istnieje. Nie chodzi nawet o to, żeby naturyści nagle stali się wzorem cnót i przez cały dzień siedzieli na ręcznikach z książką, pilnując, czy przypadkiem ktoś nie pocałował swojego partnera o sekundę za długo. 😄
Chodzi o coś znacznie prostszego.
O wzajemny szacunek.
Ja mogę mieć swoją intymność. Ty możesz mieć swoją. Możemy być nadzy obok siebie i czuć się z tym całkowicie naturalnie. Ale żadna z tych rzeczy nie daje nam prawa do narzucania własnej seksualności ludziom, którzy przyszli na tę samą plażę z zupełnie innym nastawieniem.
I właśnie dlatego uważam, że na plaży naturystycznej powinny obowiązywać pod tym względem dokładnie takie same zasady zdrowego rozsądku jak wszędzie indziej.
Nagość — tak.
Bliskość — oczywiście.
Czułość — jak najbardziej.
Ale publiczna sypialnia? Nie.
Bo naturyzm polega na tym, że zdejmujemy ubrania.
Nie na tym, że zdejmujemy wszystkie hamulce.
Gdzie właściwie przebiega granica?
No dobrze, skoro już wiemy, że plaża naturystyczna nie jest sypialnią, to pojawia się pytanie znacznie trudniejsze:
Gdzie właściwie przebiega granica?
Bo przecież nie możemy podejść do tego jak do instrukcji obsługi:
nagość → dotyk → przytulenie → pocałunek → bardziej intymna bliskość → zachowanie seksualne.
I teraz ktoś miałby powiedzieć: „Do przytulenia wolno, pocałunek jeszcze tak, ale od tego momentu już nie”? 😉
Życie tak nie działa.
Przecież dwoje ludzi może leżeć obok siebie, trzymać się za ręce i być ze sobą bardzo blisko — i nikomu nawet nie przyjdzie do głowy, że dzieje się coś niestosownego. Para może się przytulić, pocałować, pogłaskać po plecach czy po prostu okazywać sobie czułość. To normalne zachowania między dwojgiem ludzi, niezależnie od tego, czy mają na sobie kostium kąpielowy, czy nie.
Problem zaczyna się wtedy, kiedy charakter tego zachowania staje się jednoznacznie seksualny i jednocześnie odbywa się w miejscu, w którym inni ludzie są jego świadkami.
I właśnie dlatego nie jestem zwolenniczką tworzenia jakiegoś absurdalnego „kodeksu naturystycznego”, w którym ktoś dokładnie określi, co wolno, czego nie wolno i ile sekund może trwać pocałunek. 😄
Bo naprawdę nie potrzebujemy regulaminu mówiącego:
„Przytulenie — dozwolone.
Pocałunek — dozwolony.
Dłuższy pocałunek — komisja rozpatrzy sprawę w ciągu 14 dni.” 😂
Wystarczy zdrowy rozsądek.
I chyba właśnie on jest tutaj najlepszym wyznacznikiem.
Warto zadać sobie trzy proste pytania:
Czy zrobiłabym to, gdybym wiedziała, że kilka metrów dalej siedzą inni ludzie?
Czy zdaję sobie sprawę, że mogą to zobaczyć?
Czy osoby znajdujące się obok mają możliwość spokojnego wypoczynku bez konieczności uczestniczenia w tym jako widzowie?
Jeżeli odpowiedź na ostatnie pytanie brzmi „nie”, to być może właśnie znaleźliśmy tę granicę.
Bo granica nie zawsze przebiega pomiędzy konkretnymi gestami.
Czasami przebiega pomiędzy prywatnością a publicznością.
Można przecież pocałować partnera w sposób całkowicie naturalny i nie ma w tym nic seksualnie demonstracyjnego. Można też zachowywać się w sposób, którego jednoznacznym celem jest seksualne pobudzenie własne albo partnera, mając jednocześnie świadomość, że wokół znajdują się inni ludzie.
I wtedy problemem nie jest już sama nagość ani nawet sama bliskość.
Problemem jest miejsce, sytuacja i świadomość obecności innych osób.
Dlatego zamiast zastanawiać się, czy istnieje jakaś magiczna granica pomiędzy „tym gestem jeszcze wolno” a „następnego już nie wolno”, wolę zadać inne pytanie:
Czy nasze zachowanie nadal jest prywatną chwilą dwojga ludzi, czy zaczyna być czymś, co narzucamy całemu otoczeniu?
To moim zdaniem znacznie lepszy kompas.
Bo naturyzm nie potrzebuje ludzi chodzących po plaży z linijką i mierzących poziom czułości innych par. Potrzebuje ludzi, którzy potrafią zauważyć, że poza nimi również istnieją inni.
I naprawdę — w większości sytuacji zdrowy rozsądek powinien wystarczyć.
Najważniejsze pytanie: przypadkowy widz czy zaproszony widz?
I chyba tutaj dochodzimy do najważniejszego pytania w całej tej historii.
Bo być może granica wcale nie przebiega wyłącznie pomiędzy jednym zachowaniem a drugim. Nie chodzi tylko o to, co dokładnie robi para.
Chodzi również o to, czy ktoś jeszcze został w tę sytuację wciągnięty bez swojej zgody.
Wyobraźmy sobie dwie zupełnie różne sytuacje.
Dwoje ludzi znajduje się gdzieś w naprawdę odosobnionym miejscu. Są przekonani, że nikogo nie ma w pobliżu. Mają swoją chwilę bliskości i nagle zza wydmy, zza drzew albo zza zakrętu pojawia się ktoś, kto ich zauważa.
Niezręcznie?
Oczywiście. 😳
Krępująco?
Prawdopodobnie dla wszystkich.
Ale czy można taką sytuację postawić na równi z parą, która rozkłada się na środku zatłoczonej plaży i zaczyna zachowywać się seksualnie, doskonale wiedząc, że wokół znajdują się inni ludzie?
Moim zdaniem zdecydowanie nie.
W pierwszej sytuacji mamy coś, czego nikt właściwie nie planował. Doszło do przypadkowego spotkania i niezamierzonego zobaczenia czyjejś intymności.
W drugiej sytuacji pojawia się świadomość.
„Widzimy, że jesteście tutaj.”
„Wiecie, że jesteśmy tutaj.”
„I mimo wszystko robimy swoje.”
I właśnie ten element zmienia bardzo wiele.
Bo wtedy można zadać pytanie: czy pozostali plażowicze zostali właśnie uczynieni widownią, chociaż nigdy nie zgłosili się na ochotnika?
To trochę podobne do różnicy między prywatną rozmową a głośnym prowadzeniem tej samej rozmowy w autobusie. Treść może być identyczna, ale zmienia się jedno — otoczenie zostaje zmuszone do jej słuchania.
Z intymnością jest podobnie.
Jeżeli dwoje dorosłych ludzi chce przeżywać swoją prywatną chwilę i robi to w miejscu, w którym rzeczywiście mają podstawy sądzić, że nikogo tym nie angażują — to jest przede wszystkim ich sprawa.
Ale kiedy świadomie wybierają miejsce, gdzie inni ludzie mogą ich obserwować, sytuacja przestaje być wyłącznie ich prywatną sprawą.
I tutaj pojawia się słowo, które w takich dyskusjach często pomijamy:
zgoda.
Nie chodzi oczywiście o to, że ktoś ma przed pocałowaniem partnera chodzić po plaży i zbierać podpisy od wszystkich obecnych. 😉
Nie popadajmy w absurd.
Ale czym innym jest zwykła obecność nagości i naturalnych zachowań, których wszyscy na takiej plaży się spodziewają, a czym innym jest świadome wystawianie na widok zachowań o charakterze seksualnym.
W tym drugim przypadku przypadkowy plażowicz nie ma możliwości powiedzenia:
„Nie, dziękuję, nie chcę tego oglądać.”
On po prostu przyszedł na plażę.
I nagle okazuje się, że aby uniknąć oglądania czyjejś intymności, musi się odwrócić, przesunąć, zmienić miejsce albo wręcz opuścić plażę.
Dlaczego to on miałby ponosić koszt cudzej decyzji?
I właśnie dlatego uważam, że określenie „przypadkowy widz” jest tutaj bardzo trafne.
Przypadkowy widz nie jest widzem dlatego, że chciał nim zostać.
Jest nim dlatego, że ktoś inny postanowił urządzić swoją prywatną chwilę w miejscu, w którym inni ludzie siłą rzeczy mogą ją zobaczyć.
A przecież można to rozwiązać bardzo prosto.
Jeżeli chcemy mieć swoją intymną chwilę — znajdźmy miejsce, w którym będzie ona naprawdę nasza.
Jeżeli chcemy być na plaży pełnej ludzi — pamiętajmy, że jesteśmy tam wspólnie.
I może właśnie na tym polega zdrowy rozsądek: moja wolność nie wymaga od Ciebie, żebyś został jej widzem.
„Ale przecież można nie patrzeć!”
No właśnie. To chyba jeden z najczęściej pojawiających się argumentów w takich sytuacjach:
„Przecież nikt wam nie każe patrzeć.”
Niby racja.
Tylko zastanówmy się przez chwilę, jak to wygląda w praktyce.
Człowiek przychodzi na plażę, rozkłada ręcznik, smaruje się kremem, idzie popływać, czyta książkę albo po prostu leży sobie i korzysta ze słońca. I nagle kilka metrów dalej zaczyna się sytuacja, której zdecydowanie nie planował oglądać.
I co wtedy?
Ma się odwrócić.
Przesunąć ręcznik.
Zasłonić oczy.
Udawać, że niczego nie zauważył.
A może najlepiej spakować rzeczy i pojechać do domu?
No przecież „nikt mu nie każe patrzeć”. 😉
Tylko dlaczego właściwie to osoba, która przyszła spokojnie wypocząć, miałaby ponosić konsekwencje czyjejś decyzji?
Przecież plaża jest wspólną przestrzenią. Jeżeli ktoś zachowuje się w sposób, który może być dla innych niekomfortowy, to argument „nie patrz” jest trochę podobny do powiedzenia:
„Ja będę robić, co chcę, a ty sobie z tym poradzisz.”
A chyba nie o to chodzi w korzystaniu ze wspólnej przestrzeni.
Oczywiście można powiedzieć: „Przecież zawsze możesz odejść.”
Tylko że wtedy znowu odwracamy sytuację.
Dlaczego to ja mam zmieniać miejsce, skoro to ktoś inny postanowił wykorzystać wspólną przestrzeń w sposób, który wykracza poza zwykłe plażowanie?
Dlaczego ja mam szukać innego kawałka plaży?
Dlaczego mam pakować ręcznik i szukać sobie nowego miejsca?
Dlaczego mam udawać, że nie widzę?
I wreszcie — dlaczego mam rezygnować z własnego wypoczynku tylko dlatego, że ktoś inny nie potrafił znaleźć odpowiedniego miejsca dla swojej intymności?
Nie chodzi oczywiście o to, że na plaży mamy wszyscy chodzić z klapkami na oczach i reagować oburzeniem na każdy pocałunek. 😄
Nie o to chodzi.
Jeżeli para się przytula, całuje czy okazuje sobie czułość — naprawdę nie widzę powodu, żeby ktokolwiek robił z tego problem. Ludzie są ze sobą blisko i to jest zupełnie normalne.
Ale czym innym jest zwykłe okazywanie uczuć, a czym innym sytuacja, w której zachowanie staje się jednoznacznie seksualne i odbywa się w miejscu, gdzie inni ludzie siłą rzeczy mogą to zobaczyć.
I wtedy argument „to nie patrz” przestaje być argumentem.
Bo człowiek, który przyszedł na plażę, nie przyszedł oglądać.
Nie zgłaszał się do roli widza.
Nie kupował biletu.
Nie wyraził zgody.
Po prostu przyszedł odpocząć.
I właśnie dlatego odpowiedzialność za zachowanie powinna spoczywać przede wszystkim na tych, którzy je podejmują, a nie na przypadkowych osobach znajdujących się w pobliżu.
Moim zdaniem zasada jest bardzo prosta:
Jeżeli robisz coś, czego nie chciałbyś robić przy przypadkowych ludziach, nie oczekuj, że przypadkowi ludzie będą musieli odwracać wzrok.
Znajdź miejsce, w którym naprawdę będziesz prywatnie.
Bo prywatność polega właśnie na tym, że nie trzeba prosić całego otoczenia o zamknięcie oczu.
A co z ustronnym miejscem?
No dobrze, ale skoro tak dużo mówimy o granicach, to warto zatrzymać się jeszcze przy jednej kwestii.
Czy każda intymność na łonie natury wygląda tak samo?
Moim zdaniem zdecydowanie nie.
Bo trudno wrzucić do jednego worka parę, która znajduje się gdzieś w naprawdę odosobnionym miejscu, oraz parę, która rozkłada się na środku zatłoczonej plaży i zaczyna zachowywać się seksualnie na oczach wszystkich.
To są po prostu dwie zupełnie różne sytuacje.
Wyobraźmy sobie pierwszą.
Pusta, odosobniona przestrzeń. Nie ma ludzi w pobliżu, nie ma plażowiczów siedzących kilka metrów dalej, nie ma spacerujących rodzin ani grupy znajomych, którzy właśnie rozłożyli koce obok. Dwoje dorosłych ludzi jest przekonanych, że mają trochę prywatności i korzysta z tej chwili.
To zupełnie inna sytuacja niż publiczne „przedstawienie”.
Ale nawet tutaj warto zachować rozsądek. Odosobnione nie zawsze znaczy prywatne.
To, że przez piętnaście minut nikogo nie widzimy, nie oznacza przecież, że za chwilę ktoś nie pojawi się zza wydmy, drzewa czy zakrętu. A już na pewno nie oznacza, że w danym miejscu przestają obowiązywać przepisy.
Dlatego zawsze trzeba brać pod uwagę nie tylko to, czy w tej chwili nikogo nie widzimy, ale również gdzie jesteśmy, czy rzeczywiście mamy prawo do takiej prywatności i jakie zasady obowiązują w danym miejscu.
Bo może się przecież zdarzyć sytuacja, w której ktoś przypadkowo nas zobaczy.
I wtedy…
Cóż. 😳
Chyba pozostaje nam tylko mieć nadzieję, że obie strony będą miały wystarczająco dużo poczucia humoru, żeby przeżyć to niezręczne spotkanie. 😉
Ale czym innym jest przypadkowe zobaczenie kogoś, a czym innym świadome robienie czegoś w miejscu, w którym doskonale wiemy, że inni ludzie są w pobliżu.
I tutaj dochodzimy do kolejnego przykładu.
Plaża, na której siedzą inni ludzie.
Tutaj sprawa jest już znacznie prostsza.
Jeżeli wokół nas są inni plażowicze, którzy przyszli wypoczywać, to trudno uznać, że mamy do dyspozycji prywatną przestrzeń tylko dlatego, że znaleźliśmy kawałek wolnego piasku.
To nadal jest wspólna przestrzeń.
I właśnie dlatego moja własna zasada jest bardzo prosta:
Ja też lubię intymność na łonie natury. Ale jeżeli się na nią decyduję, wybieram miejsce odosobnione, zachowuję zdrowy rozsądek i przede wszystkim nie robię tego w miejscu publicznym w sposób, który narażałby innych ludzi na bycie przypadkowymi świadkami.
Nie chodzi o to, żeby całkowicie odciąć naturę od ludzkiej intymności.
Wręcz przeciwnie.
Natura może być fantastycznym miejscem na przeżywanie bliskości. Może dawać poczucie wolności, spontaniczności i więzi z otoczeniem, o którym pisałam wcześniej.
Ale właśnie dlatego, że tak bardzo lubię tę formę bliskości, tym bardziej uważam, że warto zadbać o odpowiednie miejsce.
Bo jest ogromna różnica pomiędzy:
„Jesteśmy sami i korzystamy z naszej prywatności”
a:
„Wokół nas są ludzie, ale niech sobie nie patrzą”.
W pierwszym przypadku próbujemy zachować prywatność.
W drugim próbujemy przerzucić odpowiedzialność za jej brak na innych.
I chyba właśnie tutaj przebiega jedna z najważniejszych granic.
Natura nie jest problemem. Problemem może być brak szacunku
I tutaj chciałabym powiedzieć coś, co wydaje mi się bardzo ważne, bo nie chciałabym, żeby po przeczytaniu tego tekstu ktoś pomyślał, że próbuję postawić znak równości pomiędzy seksem a czymś niewłaściwym.
Absolutnie nie.
Natura i ludzka seksualność wcale nie muszą się wzajemnie wykluczać. Wręcz przeciwnie — dla niektórych osób połączenie intymności z naturą może być wyjątkowym doświadczeniem.
Sama właśnie tak to odbieram.
Jest coś niezwykłego w bliskości z drugą osobą, kiedy wokół nie ma czterech ścian, telewizora, telefonu, codziennych obowiązków i całej tej naszej cywilizowanej rzeczywistości. Jest za to przestrzeń, powietrze, zapach lasu, szum liści, morze, jezioro, ciepło słońca…
Człowiek może poczuć się wtedy naprawdę blisko natury.
I być może właśnie dlatego intymność w takim miejscu może mieć dla niektórych zupełnie inny wymiar niż w sypialni.
Nie widzę więc niczego złego w tym, że dwoje dorosłych ludzi chce przeżyć swoją bliskość właśnie w takich okolicznościach. Nie uważam też, że naturysta powinien być kimś, kto udaje, że seksualność nie istnieje.
Istnieje. I jest częścią naszego życia.
Tylko że — i tutaj znowu dochodzimy do tego naszego małego „ale” — czym innym jest przeżywanie własnej intymności, a czym innym jest robienie z niej publicznego spektaklu.
Bo intymność jest piękna właśnie dlatego, że jest intymnością.
To chwila, którą dzielimy z konkretną osobą. Coś, co należy do nas. Coś, czego nie musimy pokazywać całemu światu, żeby było prawdziwe i wyjątkowe.
A kiedy zaczynamy świadomie wystawiać ją na widok przypadkowych osób, coś się zmienia.
Nagle nie jest to już tylko nasza chwila.
Staje się również doświadczeniem ludzi, którzy znaleźli się obok.
I nawet jeżeli dla nas jest to romantyczne, spontaniczne czy ekscytujące, dla kogoś innego może być po prostu krępujące, niekomfortowe albo zwyczajnie niechciane.
I właśnie tutaj natura przestaje być problemem. Problemem staje się brak szacunku dla innych.
Bo można kochać się na łonie natury i jednocześnie szanować naturę.
Można kochać się na łonie natury i szanować ludzi.
Można być nago, można być blisko, można cieszyć się swoją seksualnością — i nadal pamiętać, że świat nie został stworzony wyłącznie dla naszej przyjemności.
Dla mnie właśnie na tym polega dojrzałość.
Nie na tym, żeby mówić:
„Tego nie wolno, bo tak nie wypada.”
Tylko raczej:
„Mogę to zrobić, ale zastanowię się, czy moje zachowanie nie odbiera czegoś innym.”
I chyba właśnie ta różnica jest ważniejsza niż wszystkie regulaminy świata.
Bo naturyzm powinien dawać nam poczucie wolności.
Ale prawdziwa wolność nie polega na robieniu wszystkiego, na co mamy ochotę.
Polega również na tym, że potrafimy korzystać z tej wolności tak, aby nie zabierać jej drugiemu człowiekowi.
Naturyzm a ekshibicjonizm
I tutaj wracamy trochę do tematu, który niedawno poruszaliśmy w naszym felietonie o tym, ile właściwie naturyzmu może być w ekshibicjonizmie.
Bo te dwa pojęcia bardzo łatwo ze sobą pomylić.
Nie każdy naturysta jest ekshibicjonistą.
Ba — zdecydowana większość naturystów nie ma z ekshibicjonizmem nic wspólnego.
Dla naturysty nagość może być czymś całkowicie neutralnym. Nie ma w niej podtekstu seksualnego. Człowiek po prostu zdejmuje ubranie, bo tak jest mu wygodniej, naturalniej, swobodniej. Leży na plaży, pływa, spaceruje, rozmawia z innymi i… tyle.
To, że ktoś jest nagi, absolutnie nie oznacza, że chce być oglądany w seksualnym kontekście.
Ale działa to również w drugą stronę.
Nie każdy, kto zachowuje się seksualnie w miejscu publicznym, automatycznie jest ekshibicjonistą.
I tutaj zaczyna się obszar, w którym trzeba uważać z etykietkami.
Możemy przecież mieć sytuację przypadkową. Możemy mieć sytuację, w której dwoje ludzi nie przewidziało, że ktoś ich zobaczy. Możemy mieć sytuację, w której para przekroczyła granicę dobrego smaku, ale wcale nie miała zamiaru kogokolwiek prowokować czy podniecać.
Dlatego nie jestem zwolenniczką rzucania słowem „ekshibicjonista” przy każdej sytuacji, która komuś wyda się niestosowna.
Ale istnieje też druga strona.
Jeżeli ktoś świadomie i celowo wystawia swoje zachowania seksualne na widok przypadkowych osób, wiedząc, że ludzie wokół to widzą i mimo tego nie zamierza tego zachowania przerwać, to moim zdaniem zaczynamy wchodzić w zupełnie inną kategorię.
Bo wtedy nie mówimy już wyłącznie o własnej intymności.
Pojawia się element eksponowania jej przed innymi.
I właśnie tutaj warto wrócić do pytania, które przewija się przez cały ten felieton:
Czy inni ludzie zostali przypadkowymi świadkami, czy też zostali świadomie postawieni w roli widzów?
To może być bardzo istotna różnica.
Jednocześnie nie chciałabym tutaj robić z felietonu rozprawy sądowej. 😉
Dlatego rozdzielmy dwie kwestie.
Ocena społeczna to jedno.
Kwestia prawna to coś zupełnie innego.
To, że jakieś zachowanie uznamy za niestosowne, przekraczające granice dobrego smaku czy zwyczajnie niepasujące do charakteru plaży, nie oznacza automatycznie, że możemy nazwać je konkretnym przestępstwem albo wykroczeniem.
Prawo ma swoje definicje, przesłanki i okoliczności, a każdą sytuację należy oceniać indywidualnie. Nie chciałabym więc stawiać tutaj znaku równości:
„seks na plaży = ekshibicjonizm = przestępstwo”.
To byłoby zwyczajnie zbyt dużym uproszczeniem.
Możemy natomiast spokojnie powiedzieć coś innego:
naturyzm nie potrzebuje zachowań seksualnych wystawianych na widok innych ludzi.
Wręcz przeciwnie.
Jeżeli chcemy, żeby nagość była postrzegana jako coś naturalnego i nieseksualnego, sami powinniśmy umieć rozróżnić sytuację, w której ktoś po prostu jest nago, od sytuacji, w której nagość staje się elementem świadomego seksualnego przedstawienia.
I to jest szczególnie ważne na plażach naturystycznych.
Bo kiedy ktoś przychodzi tam po raz pierwszy, może mieć w głowie mnóstwo obaw i stereotypów. Zastanawia się, czy ludzie będą się na niego patrzeć, czy będzie niezręcznie, czy rzeczywiście będzie tak naturalnie, jak wszyscy mówią.
I jeżeli jego pierwszym doświadczeniem będzie widok pary zachowującej się seksualnie na oczach innych, może wyciągnąć z tego bardzo prosty, ale całkowicie błędny wniosek:
„A więc o to chodzi na tych plażach.”
A przecież nie o to chodzi.
Naturyzm nie polega na tym, że wszystko jest dozwolone, bo wszyscy są nadzy.
Naturyzm polega między innymi na tym, że nagość przestaje być sensacją.
I właśnie dlatego warto pilnować, żeby nie zamienić jej w coś zupełnie przeciwnego.
Dlaczego to jest problem również dla samego naturyzmu?
Można by w tym momencie powiedzieć:
„Dobrze, ale skoro ta para nikogo bezpośrednio nie dotykała ani do niczego nie zmuszała, to dlaczego właściwie robimy z tego taki problem?”
No właśnie dlatego, że sprawa nie kończy się na tej jednej parze.
Bo każda taka sytuacja może dokładać kolejną małą cegiełkę do stereotypu, z którym naturyzm od lat próbuje sobie radzić:
„Plaża nudystów? Tam przecież wiadomo, co się dzieje.”
I chyba każdy, kto choć trochę zna prawdziwe środowisko naturystyczne, wie, jak bardzo taki obraz rozmija się z rzeczywistością.
Większość ludzi przychodzi na plażę naturystyczną z bardzo prozaicznych powodów.
Chcą się opalać bez białych pasków.
Chcą popływać bez mokrego kostiumu przyklejonego do ciała.
Chcą poczuć słońce i wiatr na całym ciele.
Chcą odpocząć.
Porozmawiać ze znajomymi.
Poczytać książkę.
Spędzić czas z partnerem, rodziną czy przyjaciółmi.
Albo po prostu poleżeć na ręczniku i przez kilka godzin nie przejmować się tym, co mają na sobie.
To jest właśnie zwyczajny naturyzm.
I dlatego zachowania seksualne eksponowane na plaży mogą być dla naturyzmu wyjątkowo kłopotliwe.
Bo osoba, która nigdy wcześniej nie miała kontaktu z naturyzmem, nie zna całej naszej społeczności. Nie wie, jak zachowują się setki czy tysiące innych naturystów.
Zapamięta natomiast to, co zobaczyła.
Jeżeli zobaczy grupę ludzi spokojnie odpoczywających nago, prawdopodobnie pomyśli:
„Właściwie… to całkiem normalne.”
Jeżeli jednak zobaczy seksualne zachowanie prezentowane na oczach innych, może pomyśleć:
„Aha. Czyli jednak chodzi tutaj o seks.”
I właśnie w ten sposób powstaje stereotyp.
Nie dlatego, że jest prawdziwy.
Tylko dlatego, że najbardziej zapadają nam w pamięć sytuacje nietypowe.
To trochę niesprawiedliwe, ale tak działa ludzka percepcja.
Nikt nie wraca przecież z plaży i nie mówi:
„Dzisiaj przez pięć godzin widziałem 87 osób, które spokojnie leżały na ręcznikach, trzy osoby czytały książki, ktoś grał w siatkówkę, a jedna pani poszła popływać.”
Za to jeżeli wydarzy się coś dziwnego albo kontrowersyjnego, istnieje duża szansa, że właśnie to zostanie opowiedziane znajomym.
„Byłem na plaży nudystów. Wiesz, co tam zobaczyłem?”
I już mamy gotową historię.
Dlatego granice są potrzebne również z punktu widzenia samego naturyzmu.
Nie po to, żeby tworzyć środowisko ludzi sztywnych, pruderyjnych i śmiertelnie poważnych.
Nie po to, żeby każdy pocałunek był podejrzany, a przytulenie wymagało zgody komisji etyki. 😉
Tylko po to, żeby zachować bardzo prostą rzecz:
plaża naturystyczna ma być miejscem, w którym nagość jest czymś naturalnym, a nie seksualnym spektaklem.
I paradoksalnie właśnie osoby, które najbardziej cenią sobie wolność i swobodę naturyzmu, powinny być zainteresowane tym, żeby tej granicy pilnować.
Bo jeżeli pozwolimy na utożsamianie naturyzmu z seksem, sami podcinamy gałąź, na której siedzimy.
A przecież nie chcemy, żeby ktoś przychodzący pierwszy raz na plażę naturystyczną zastanawiał się:
„Czy tutaj naprawdę mogę spokojnie odpocząć nago, czy będę musiał oglądać cudze życie erotyczne?”
Chcemy czegoś zupełnie przeciwnego.
Chcemy, żeby po pierwszej wizycie mógł powiedzieć:
„Było normalnie. Ludzie byli nadzy. I właściwie… po godzinie przestałem zwracać na to uwagę.”
Bo właśnie wtedy osiągamy coś, co jest jednym z najpiękniejszych elementów naturyzmu:
nagość przestaje być wydarzeniem.
I chyba warto o to dbać.
Nie tylko ze względu na osoby, które mogą poczuć się niekomfortowo.
Również ze względu na nas samych.
Co zrobić, kiedy jesteśmy świadkami?
No dobrze. Dużo już powiedzieliśmy o granicach, szacunku, naturyzmie i przypadkowych widzach. Ale wróćmy do bardzo konkretnego pytania, które zadali para_para:
„Byliście w takiej sytuacji? Jak się zachować?”
I tutaj chyba nie ma jednej uniwersalnej odpowiedzi.
Bo wszystko zależy od sytuacji, miejsca, liczby osób wokół i przede wszystkim od tego, jak bardzo dane zachowanie przekracza granicę.
Można po prostu odejść
To najprostsze rozwiązanie i czasami naprawdę najlepsze.
Jeżeli plaża jest duża, mamy możliwość przesunięcia się kilkanaście czy kilkadziesiąt metrów dalej, a cała sytuacja nie jest dla nas warta żadnej konfrontacji — możemy po prostu znaleźć sobie inne miejsce.
Nie dlatego, że to my zrobiliśmy coś złego.
Po prostu czasami święty spokój jest więcej wart niż wygranie dyskusji z obcymi ludźmi. 😉
Można spokojnie zwrócić uwagę
Jeżeli sytuacja jest jednoznaczna, a zachowanie rzeczywiście przeszkadza, nic nie stoi na przeszkodzie, żeby powiedzieć spokojnie:
„Przepraszam, ale jesteście w miejscu, gdzie są inni ludzie. Czy moglibyście to przenieść gdzieś bardziej na ubocze?”
Bez krzyku.
Bez wyzwisk.
Bez robienia przedstawienia.
I przede wszystkim bez wchodzenia w rolę samozwańczego strażnika moralności całej plaży.
Czasami wystarczy jedno zdanie, żeby ktoś zorientował się, że przekroczył granicę.
Można poprosić o zaprzestanie
Jeżeli zachowanie jest szczególnie rażące albo para wyraźnie ignoruje obecność innych, można już powiedzieć bardziej stanowczo, że takie zachowanie jest nieakceptowane w tym miejscu.
I znowu — spokojnie i rzeczowo.
Nie chodzi o to, żeby urządzać awanturę na pół plaży.
Bo jeżeli zaczniemy krzyczeć na siebie nawzajem, za chwilę wszyscy będą mieli większy problem niż przed chwilą.
Można zwrócić się do gospodarza lub administratora
Jeżeli mamy do czynienia z miejscem, które ma gospodarza, administratora albo osobę odpowiedzialną za porządek, a para mimo zwrócenia uwagi nadal zachowuje się w sposób rażący, można po prostu zgłosić problem komuś odpowiedzialnemu za dane miejsce.
I moim zdaniem jest to często rozsądniejsze niż osobiste prowadzenie śledztwa pod tytułem:
„Dzisiaj ja będę pilnować moralności na plaży”. 😉
Szczególnie jeżeli sytuacja jest powtarzalna albo ewidentnie celowa.
Czego natomiast bym nie robiła?
Nie robiłabym zdjęć ani nagrań.
Nawet jeśli jesteśmy oburzeni.
Nawet jeśli chcemy mieć „dowód”.
Nawet jeśli wydaje nam się, że później pokażemy go wszystkim znajomym.
Wchodzenie w cudzą prywatność poprzez fotografowanie czy nagrywanie intymnej sytuacji może stworzyć kolejny problem i zdecydowanie nie jest zachowaniem, które chciałabym promować w naszej społeczności.
Jeżeli sytuacja wymaga interwencji, lepiej skorzystać z odpowiedniej drogi niż samemu tworzyć dokumentację czyjegoś życia intymnego.
I przede wszystkim — nie róbmy awantury
To chyba najważniejsza rada.
Możemy być zirytowani.
Możemy być zniesmaczeni.
Możemy uważać, że ktoś zdecydowanie przesadził.
Ale krzyk, wyzwiska, groźby czy publiczne upokarzanie tej pary raczej niczego dobrego nie przyniosą.
Tym bardziej że nie znamy całej sytuacji.
Możemy nie wiedzieć, czy para zdawała sobie sprawę z tego, jak bardzo jest widoczna. Możemy nie wiedzieć, czy ktoś przypadkiem nie pojawił się w ich pobliżu. Możemy nie znać kontekstu.
Dlatego najpierw zdrowy rozsądek, potem reakcja.
A jeżeli już reagujemy — spokojnie i adekwatnie do sytuacji.
Bo przecież naszym celem nie powinno być stworzenie na plaży atmosfery, w której każdy zaczyna obserwować każdego i zastanawiać się, czy sąsiad właśnie przekroczył regulamin o trzy centymetry.
Chodzi o coś znacznie prostszego:
żeby każdy mógł spokojnie korzystać z plaży, nie narzucając swojego zachowania innym.
I chyba właśnie dlatego najbardziej podoba mi się jedna zasada:
Jeżeli możesz rozwiązać problem bez awantury — zrób to bez awantury.
Naturyzm naprawdę nie potrzebuje wojny na plaży. 😉
Nie potrzebujemy „policji obyczajowej”
Po tym wszystkim, co napisałam, ktoś może pomyśleć, że właśnie stworzyliśmy nowy naturystyczny kodeks karny.
Spokojnie. 😉
Nie potrzebujemy na plażach „policji obyczajowej”, która będzie chodziła między ręcznikami i sprawdzała, kto za długo się przytula, kto pocałował partnera o jeden raz za dużo, a kto podejrzanie długo leży obok swojej drugiej połówki.
Naprawdę nie o to chodzi.
Nie chciałabym również, żeby z tego felietonu wyszedł przekaz:
„W naturyzmie wszystko trzeba zakazać!”
Wręcz przeciwnie.
Naturyzm powinien dawać ludziom swobodę.
To właśnie ta swoboda jest przecież jedną z rzeczy, które tak bardzo w nim cenimy. Możliwość bycia sobą, odpoczynku bez ubrań, poczucia własnego ciała bez ciągłego zastanawiania się, jak wyglądamy w oczach innych.
Nie chcę naturyzmu, w którym każdy boi się, że zrobi coś nie tak.
Nie chcę też plaż, na których ludzie zaczynają wzajemnie się kontrolować i oceniać.
Ale swoboda ma pewną bardzo prostą zasadę:
moja swoboda nie może oznaczać odebrania komfortu wszystkim pozostałym.
Jeżeli chcę leżeć nago — super.
Jeżeli chcę opalać się bez stroju — świetnie.
Jeżeli chcę przytulić partnera, pocałować go czy położyć głowę na jego ramieniu — przecież to zupełnie normalne.
Jeżeli chcę przeżyć z nim bardziej intymną chwilę — również nie widzę w tym niczego złego.
Ale wtedy powinnam znaleźć takie miejsce i takie okoliczności, żeby moja intymność pozostała moją intymnością.
I właśnie tutaj wracamy do pytania, które przewijało się przez cały ten felieton.
Może więc pytanie wcale nie powinno brzmieć:
„Czy naturysta może uprawiać seks na łonie natury?”
Bo odpowiedź na to pytanie nie musi być tak jednoznaczna, jak mogłoby się wydawać.
Dwoje dorosłych ludzi może przecież mieć swoje życie intymne i może lubić przeżywać bliskość również poza sypialnią.
Prawdziwe pytanie brzmi raczej:
„Czy musi robić to właśnie tam, gdzie inni ludzie zostali zmuszeni do uczestniczenia w tym jako widzowie?”
I tutaj moja odpowiedź jest znacznie prostsza.
Nie musi.
Natura jest wystarczająco duża, żeby znaleźć kawałek przestrzeni, w którym nasza intymność pozostanie naprawdę prywatna.
A plaża, na której odpoczywają inni ludzie, jest wspólną przestrzenią.
I może właśnie na tym polega dojrzały naturyzm.
Nie na tym, że możemy robić wszystko.
Tylko na tym, że możemy być wolni, nie odbierając wolności innym.
Nie potrzebujemy więc policji obyczajowej.
Potrzebujemy przede wszystkim odrobiny empatii, zdrowego rozsądku i tej prostej świadomości, że poza naszym ręcznikiem też istnieje świat. 😉
Finał: a Wy gdzie postawilibyście granicę?
I chyba na tym możemy zakończyć nasze rozważania.
Ja swojej miłości do natury zdecydowanie nie zamierzam się wypierać. 😉 Wręcz przeciwnie — bardzo lubię tę wyjątkową bliskość z naturą, poczucie swobody i oderwania od codzienności.
Ale jednocześnie wychodzę z bardzo prostego założenia:
las, plaża czy jezioro nie są moją prywatną sypialnią.
Jeżeli chcę mieć naprawdę intymną chwilę, szukam miejsca, w którym ta intymność rzeczywiście pozostanie intymnością.
Nie dlatego, że wstydzę się własnej seksualności.
Nie dlatego, że uważam seks za coś złego.
I zdecydowanie nie dlatego, że uważam naturystów za ludzi, którzy powinni udawać, że seksualność nie istnieje.
Po prostu uważam, że wolność ma sens wtedy, kiedy działa w obie strony.
Ja mam prawo do swojej prywatności.
Ty masz prawo do swojej.
Ja mogę być nago.
Ty możesz być nago.
Ja mogę cieszyć się bliskością z partnerem.
Ale Ty nie powinieneś być zmuszony do oglądania czegoś, czego oglądać nie chcesz.
I może właśnie dlatego zamiast kolejnego regulaminu z dziesięcioma punktami i tabelką „co wolno od pasa w górę, a czego już nie”, wystarczy nam jedna rzecz:
zdrowy rozsądek.
A teraz jestem naprawdę ciekawa Waszego zdania.
A Wy gdzie postawilibyście granicę?
Czy na plaży naturystycznej powinny obowiązywać dokładnie takie same zasady dotyczące zachowań seksualnych jak na plaży tekstylnej?
Czy może fakt, że wszyscy jesteśmy nadzy, sprawia, że naturyści powinni mieć trochę większą tolerancję dla intymnych zachowań?
A może w ogóle nie da się wyznaczyć jednej granicy i wszystko zależy od miejsca, sytuacji, zachowania oraz świadomości obecności innych ludzi?
I jeszcze jedno pytanie, chyba najciekawsze:
Czy większym problemem jest samo zachowanie seksualne, czy dopiero świadome robienie tego na oczach osób, które nie wyraziły zgody na bycie widzami?
Jestem ciekawa, jak Wy to widzicie.
Bo tym razem naprawdę nie chcę stawiać kropki.
Oddaję głos Wam. 😉